Ahhh co to była za impreza! Od kiedy tylko zobaczyłam plaże w Płocku wiedziałam, że muszę tam przyjechać na imprezę. Nie było tłumu, sami pozytywni ludzie i świetna muzyka!
Po latach odnaleziony kolega z klasy moich rodziców zaprosił mnie i Julkę pod Zakopane na parę dni… W sobotni poranek stałyśmy już na wylotówce na Kraków łapiąc stopa. Szybko udało nam się dojechać do Radomia, a tam podszedł do nas pan pytając czy daleko jedziemy (on też przyszedł łapać stopa). Powiedziałyśmy mu, że do Zakopanego, a on powiedział, ze ciężko będzie. Po chwili zatrzymał się samochód, a kierowca jechał prawie pod samo Zakopane! Kierowca miał na imię Piotrek i jest młodszy ode mnie. Szybko się rozkręciliśmy i gadaliśmy jak starzy znajomi. Pokazał nam swoje fotki z przed kilku tygodni, gdy motocyklami przemierzał Grecję, Serbię, Mołdawię, Rumunię, Bułgarię , Węgry, Albanie. Mieliśmy mnóstwo tematów do rozmów i jechało się naprawdę super! Dodam, że powiedziałyśmy mu, że w ten weekend jest festiwal w Płocku na plaży i powiedział, że weźmie znajomych i też przyjedzie. Tadeusz- kolega rodziców jeździ do Murzasichle od czterdziestu lat, a w młodości były to wyjazdy na całe wakacje. Zna więc dużo ludzi i nie traktują go jak zwykłego cepra. Udało nam się załapać na góralskie imieniny z wódką z jednego kieliszka i super jedzonkiem. Po górach nie pochodziliśmy, ale za to od chaty do chaty co było doprawdy wyjątkową okazją! Wspaniały czas we wspaniałym towarzystwie! Dzięki Tadek!
Termin: styczeń 2009- na ile strczy pieniędzy i chęci. Trasa: Meksyk, Gwatemeala i dalej na dół, potem dookoła Ameryki Połóudniowej, a i może zachaczając o Karaiby. Standard: Spanie w namiocie, u życzliwych poznanych w ostateczności tanich pokojach. Transport: Samolot z/do Polski, a na miejscu lokalne środki transportu, autostop jeśli da radę. Koszty: Bilet lotniczy 3 tyś zł, a na miejscu szacuje że mniej niż 1 tyś zł miesięcznie.
Aby zrealizować wyprawę marzeń potrzebny mi tylko jeszcze przemiły towarzysz podróży!! Ktoś chętny? Piszcie śmiało!
Tym razem po Wdzie- zaczynającej się na Kaszubach, a potem przepływającej przez Bory Tucholskie. Śliczna, urokliwa i przede wszystkim bezpieczna rzeczka. Również towarzystwo wspaniałe. Byli rodzice, Paweł, Julia, Przemek i jesczse dużo fajnych osób. To był najfajniejszy spływ i już czekam na następny!
Jedziemy juz w punkt kulminacyjny naszej podrozy. Piec dni balowania z czlonkami HC. Zapowiada sie swietna zabawa. Nasza przyjaciolka z Czech tez przyjedzie. Tak wiec do uslyszenia w przyszlym tygodniu. We had so good fon on the camp. We met a lot of nice people. More than 1000 people was ther. Can you imagine more than 1000 friendly people in one place? Oh my i miss it already
Smutno bylo z rana opuszczac znajomych z Belgii, tak sie z nimi dobrze czulam. Moglam gadac i gadac z rozesmianym Jorge z Guatemali. Bruksela to naprawde miejsce przyjazne do zycia. Wyjechalysmy w kierunku Antwerpen, potem zatrzymal sie facet laweta (a obok byl rozkraczony samochod) wiec sie nie ladowalysmy. Okazalo sie jednak, ze chce nas wziac. Julcia gadala z nim miksem jezykowym a na koniec dal nam 20 euro! Potem jechalysmy polskimi ciezarowkami az utknelysmy pod hanowerem na stacji. Spotkalysmy dwoch polakow kolo trzydziestki i zawiezli nas pod sam dom w hanowerze. Opowiadalysmy o naszej podrozy a oni nie chcieli nam wierzyc. No tak szalone z nas dziewczyny- krolowe autostrad
Dluga to byla droga, ale bylo goraco, swiecilo sloneczko i spotykalysmy milych ludzi. Oj pocwiczylam swoj francuski na drogach. Dojechalysmy do Brukseli i znowu bez noclegu, znalazlysmy internet i wyslalysmy wiadomosc do kolesia online, a on powiedzial WPADAJCIE! Jutro tez tu zostajemy. Podoba mi sie Bruksela!
Z rana kupilysmy nasze ulubione czekoladki- te ktore przywozi tomek. Ale sie najadlysmy, szkoda, ze nie mozemy ich zabrac do polski. Przez 7 godzin chodzilysmy po miescie. Podoba mi sie bardziej niz Paryz, bo jest rownie ladne, a mniej zatloczone i wszyscy mowia po francusku. Ze zlych wiesci to zdgubilam kolczyk z pepka i musialam kupic nowy,a do tego zarosla mi dziurka z jednej strony. No i moja karta do aparatu jest zablokowana wiec robie malo fotek i najgorszej jakosci. Smutno bedzie opuszczac Belgie, tak sie tu milo zyje. Ceny przystepne, ludzie przemili. Jutro ruszamy na Niemcy, ale wczesniej po czekoladki
Xavier pokazal nam miejsce z ktorego widac Anglie, niestety pogoda byla kiepska i widac nie bylo. Zjedlismy tez obiad u jego babci i zwizdzilismy przepiekne miasteczko Burge. Zostawil nas na wylotowce gdzie spotkalysmy autostopowicza, ktory okazal sie polakiem. Lapalismy razem i przynajmniej bylo mozna pogac. Dojehalysmy do Bulogne i zadzwonilysmy do hosta, ktory powiedzial ze nas nie moze przenocowac! Padly nam telefony, mamerror card w aparacie. Kupilysmy winko i serek i poszlysmy na plaze. Tam siedzialo 2 kolesi i julka do nich podeszla spytac sie czy mozemy znimi posiedziec. Gadalismy, zlazili sie ich znajomiaz w koncu jeden z nich zabral nas do sibie na noc! Dobro zawsze wraca do ciebie! To bylo za fraucuza z pociagu, ktorego przed wigilia przygarnelysmy do siebie;
Oj wspaniale bylo wczoraj posluchac opowiesci takiego wielkiego autostopowicza! Wiecwor przy herbacie i ciasteczkach, zdjeciach i opowiesciach. Syn naszej hostki wraz ze swoja dziewczyna podrozuja jak Kinga i Chopin stopem po Amzryce Polodniowej. Widwialam zdjecia- wow!! Wstalysmy po piatej i po sniadaniu pojehalismy- bo oni jechali do anglii. Zlapalysmy stopa i pojechalysmy zobaczyc zabytek unesko- Brugge- najpiekniejsze miasto podczas tego tripu! Potem caly dzien staralysmy sie dotac do francji ale nam nie szlo wiec w koncu za 2 euro zlapalysmy tramwaj do granicy z Francja. Tam podwiezli nas juz francuzi. Nie bylysmy pewne czy nasz host bedzie i bylysmy gotowe na spanie pod mostem- nawet tam pilysmy winko i jadlysmy kanapki. Ale jednak jestesmy u niego i jutro ruszamy dalej. Moj francuski nie zardzewial jakby co Xavier nasz host uraczyl nas wczoraj wisniowka i dwiema smiesznymi grami w ktore bawilismy sie do pozna! Okazalo sie tez ze uczy wychowania seksualnego 15 i 16 latkow. Wyedukowal tez nas pokazujac damska prezerwatywe i ide o zaklad ze nikt z was tego nie widzial!! Mam zdjecia ale nie chca mi sie zaladowac teraz.
Ciesze sie, ze czytacie Wczoraj gadalismy do pozna, ogladalismy American Beuty- dawno sie tak nie splakalam!! Taki piekny film. I spiewam sobie w myslach- w zyciu piekne sa tylko chwile. I rozmyslam, ze najwazniejsze to miec odwage. Odwazny czlowiek moze wszystko! No moze prawie. Jestesmy teraz nad morzem z ponad 50letnimi autostopowiczami- on ma nawet rekord ginessa w 24 godzinnej podrozy. Wlasnie odkrylysmy ze maja tez ksiazke Kinngi i Chopina z dedykacja z 2004 roku. Szczesciaze, ze ja poznali...
Jestesmy w Belgii po przygoach z dziewczynami, ktore nas wiozly i zagubily droge co znaczylo 80km wiecej; Potem nasz host okazal sie byc moze starym zboczencem- wszystkie znaki na niebie na to wskazywaly! Wiec ucieklysmy i znalazlysmy nowego. Teraz po wegetarianskiej zupce chce nam sie spac. A hosci ruszaja na miasto- a nam jak zwykle chce sie tylko spac. Jutro ruszamy dalej a marzy nam sie noc na sklocie..... Czy ktos to czyta?
W Amsterdamie spedzilysmy dwie noce, zatrzymujac sie u 2 innych czlonkow hospitality club. Teraz dojechalysmy wlasnie do Rotterdamu i wraz z naszym hostem Markiem (ktory jest muzykiem) ruszamy na misto. Jutro ruszamy do Belgii, szkoda ze nie zobaczymy obchodow Dnia Krolowej w Holandii, ale czas goni.
Zaskoczylo mnie, ze Amsterdam jest taki spokojny. Czas w nim plynie. Ludzie ida, jada, siedza w progu i popijaja winko. To prawdziwe miasto artystow, sztuka obecna jest na kazdym rogu. Bardzo mi sie podoba i doprawdy moglabym w nim zamieszkac. Pomijajac przepiekne barki na ktorych musi sie mieszac wspaniale.
Dobrze, ze podrozujemy stopem bo dzieki temu latwiej nam o nocleg- tak nam powiedzial Marcel- zeszlonocny host. Bo ludzie wiedza jak nam ciezko.
Przez godzine sluchalysmy kolesia ktory gral na gitarze na ulicy, rozmawialysmy z nim. Od kilkunastu miesiecy tu, zarabia grajac, mieszka na sklocie. To dopiero jest odwga zostawic tak wszystko i byc wolnym. Mozecie to sobie wyobrazic?
Nasi gospodarze byli rozni. Pierwszy mieszkal w biednej dzielnicy z czarnymi i mial bardzo malo miejsca (julia musiala spac w lozku z jego dziewczyna i nim- ja spalam obok nich na polowce). Ale oprowadzil nas po okolicy i zrobil nam grilla w ogrodzie.
Drugi host byl urbanista pracujacym dla miasta. Mial supert mieszkanie. Powiedzial, ze nie przyjmuje juz prawie nikogo, ale dla nas zrobil wyjatek bo podrozujemy stopem. Ma swietne mieszkanie w centrum, robi rzezby i zdjecia. Wow tu wszyscy tacy artystyczni!
Dzis rano przyjechalysmy do Rotterdamu i mieszkamy u muzyka. Gra na drums- bo perkusja to za waskie pojecie. Duzo sie dzis muzyki nasluchalysmy. Szkoda tylko ze ma podwalajacego sie do mnie kolege wlocha, ktoremu wlasnie powiedzialam, ze mam meza.
We already visited Amsterdam, and now we are in Rotterdam. I really enjoy this trip. I don't have to be hurry i have time for siting and just looking how to people live in Amsterdam. Yesturday we wer listenig for one hour a guy plaing quitare. We were talking with him. It's really nice to meet true people
My firnds tomorow I have a bus to Amsterdam there Julia will be. We gonna stay there 2 days, and after we are going hichhicking around Holand, Belgium, Nord France and Germany. We are going also to the Hospitality Club Beach Camp in Berlin for the end of our trip.
Przyjechała do nas Mirka, którą poznałyśmy przez Hospitality Club i u której spędziłyśmy ostatniego sylwestra. W Pradze opowiadałyśmy jej o naszych podróżach autostopem po swiecie i ona też strasznie chciała. Postanowiła więc nas odwiedzić. Przyjechała pociągiem z Pragi, było już późno więc pogadałyśmy trochę i poszłyśmy spać. Z rana zabrałyśmy się do zwiedzana Warszawy, towarzyszył nam również Franco- włoch, którego poznałyśmy rok temu (też zresztą przez Internet). We spent New Yer Eve in Praha, Mirka was our host (from hospitality club). We had good fun and we spent very nice time together. Now szhe came to Warsaw to see us.
Po zwiedzaniu udałyśmy się na spotkanie z Toni Walia, który okazał się przesympatycznym człowiekiem. Jest ambasadorem Hospitality Club na warszawę i przenocował już ponad 100 osób. Prowadzi specjalny pamiętnik, gdzie wpisują się osoby, które u niego nocowały. Strasznie pozytywny człowiek z niesamowitym poczuciem humoru- Julka myślała, że umrze ze śmiechu. Zabrał nas do swojej Indyjskiej knajpy, gdzie miałam pierwszy kontakt ze wspaniałą indyjską kuchnią. Toni nas zainspirował, przekazał pozytywną energię i wiarę, że w życiu wszystko jest możliwe. We showed her Warsaw and after we went for a meeting with Toni, the friendliest person in Warsaw(from hospitality club of course). He invaited us to his indian restaurand were we had an oportunity to taste inida food.
Wieczorem miało być po jednym kieliszku Becherovki, a skończyło się na prawie całej butelce. Potem ruszyłyśmy tramwajami ba Pragę, gdzie o dziwo spotkałyśmy wielu życzliwych, otwartych i ciekawych ludzi! Ba, a nawet rozmawiających po angielsku! After Beherovka we went to Praga-one part of Warsaw.We met a lot of nice people there.
Następnie nastała pora salsy i znowu spotkanie z Franco. Coś tam się starałam nauczyć, ale za bardzo się spinam i nie umiem tańczyć. After we went dancing salsa with our italian friend- Franco.
Rano pojechałyśmy na wylotówkę na Gdańsk. Stałyśmy z 12 minut, gdy zatrzymał się Alek. Był tak miły, że postanowiłyśmy pojechać z nim do Torunia. Niesamowicie mądry facet, ale tak to jest jak ma się rozsądne przemyślenia oparte na solidnych podstawach z historii i prawa. Rozmawialiśmy o kościele, związkach homoseksualnych i chyba nawet udało mu się przekonać Julkę do pewnych spraw. At the morning we were hich hicking to Gdansk. Nice guy stapped and we decided to go with him to Toruń first.
Podróż minęła szybko i już byłyśmy w Toruniu. Tam szybki spacer po mieście, obiad, pierniki i już uciekamy.
Z Torunia do Tczewa miałyśmy chyba z 5 przesiadek. Za pewnym razem zatrzymali się chłopcy w wanie. Okazało się, że siedzimy u nich na mieczach i toporkach. Walły się skóry zwierząt i futra. Pomyślałam, że chyba już to nasz koniec i nigdzie nie dojedziemy. Chłopcy wyjaśnili, że dają lekcje historii na zywo- należą do braci rycerskiej.
No i myślałam, że spotkałam swojego rycerza(to ten z lewej), ale ma narzeczoną hehe.
W Gdańsku było już ciemno. Pochodziłyśmy po starówce i po godzinie przyjechała po nas Krystyna Choszcz, mama podróżniczki Kingi Choszcz. Po kontakcie przez Internet zgodziła się być naszym hostem z Hospitality Club. Zawsze chciałam ją poznać! In Gdansk we were slipping in Krystyna Choszcz flat- she is the mother of Kinga choszcz- a girl who was hich-hicking around the world for 5 years! See http://www.fundacjafreespirit.pl/index0.html
W domku zjedliśmy kolacje, piliśmy winko i rozmawialiśmy. Było przemiło. Poznałyśmy także Malajkę, która mieszka z Państwem Choszcz. Film o Malajce z TVN http://dziendobrytvn.onet.pl/1432832,aktualnosci.html We had dinner together and we spent nice evening with her familly and litlle guest from ghana.
Rano musiałyśmy szybko uciekać, bo czekało na nas morze. Po drodze do Sopotu wylałam na kolana dziewczyny siedzącej obok pół butelki kefiru- największe upokorzenie mojego życia. Biedna dziewczyna- na szczęście wyluzowana. Droga powrotna przebiegła pod znakiem tirów.
Może to wiosna której nie widać, a może nagły impuls czy przeczucie i moje kochanie zadecydowało się ruszać. Zostawić mnie samą na pastwę pracy magisterskiej i presji, że gdzieś tam na mnie czeka. Kierunek nie jest znany jeszcze, a mi smutno….. Na razie przyjeżdża do nas Mirka, u której byłyśmy na sylwestra w Pradze i pewnie pojedziemy gdzieś w Polskę….
Zatrzaśnięta między tym co było A twoim głosem Zastygam w bezruchu
W obawie przed kolejnym krokiem Uciekam we wspomnienia Myśląc o tym jak bardzo chciałabym być tym kim nie jestem… …i kogo ty we mnie nigdy nie zobaczysz
Hospitality Club is very useful and helpful website. With the help of HC we found Mirka lovely girl from Slovakia. She works, studies and lives in Prague now. We could stay in her place and spend New Year Eve together.
We came to Prague Thursday night. Before our trip Mirka sent us her address and some information how to get to her place. We hitch-hiked from Warsaw to Czech boarder, then we took the train to Prague. We didn’t know what time we will be in Prague. We were late, after 12 at night. We were lucky , because that day Mirka came back from Slovakia(we could sleep in the station )At the middle of the night she (wearing pajamas, because she did not expect such late guests) picked us up from the bus stop. We also met some nice guys from Spain in Mirka' place.
For New Years EveWe didn’t have plans. Mirka came back from work with Mateusz a guy from Poland, who was also from Hospitality. It was difficult to find an open shop after 18 that day, we started thinking about drinking Żubrówka (Polish vodka) with water. Luckily Mirka found one open shop and we were saved! In the evening Paulina, Mirka’s friend came, we made some drinks, talked, laughed and even sang. We sang Karaoke in Spanish (me also), who cares that none knows Spanish. It was a lot of fun, I’ll never forget this Spanish karaoke. Then we decided to go to the club and be at 12 at the center. It was so many people, because of public transport we couldn’t get to the club. Anyway it was really nice NEW YEAR EVE!
I liked Prague very much, nice place with nice people and good food!!!!
Wspaniale jest mieć takich znajomych, którzy gdy trzeba potrafią się zebrać i razem pobawić. Fajnie jest mieć takich znajomych, którzy są wyluzowani bardziej niż się sądziło i skłonni do wszelkich zabaw. Nie często mamy okazje się tak bawić. Dzięki wam wszystkim za ten wieczór, było naprawdę super!
Jak zwykle zgodnie z planami mimo nie najlepszej pogody ruszyliśmy przed siebie. Bieszczady to jedne z najdzikszych miejsc Polski, zasiedlane w XVI wieku. Często były one obietnicą lepszego życia, ogromne partie lasów, rudy metali czy ropa sprawiały że ludzie nie uciekali. Zniszczyli za to większość dzikości, którą błędnie wydaje nam się że tam odnajdujemy. Bieszczady to miejsce gdzie każdy znajdzie coś dla siebie. Można poleniuchować nad wodą, albo z plecakiem wyruszyć na spotkanie dzikiej przyrody. Nam niestety pogoda nie sprzyjała, więc nasza podróż była swego rodzaju wybadaniem terenu.
Sanok
Sanok posiada niewątpliwie dwie zalety i jedną wadę. Zbiór obrazów Beksińskiego i Ikon wywiezionych ze starych cerkwi na Zamku oraz skansen to powody dla których warto się tutaj zatrzymać. Natomiast stare miasto wygląda jakby przed chwilą przeniesiono je z plastikowego świata Disneylandu.
Lesko
Lesko to miastko, które przed wojną w ponad 80% zamieszkane było przez Żydów. Miasto w którym czas się zatrzymał. Stare murowane kamienice i zamek z pewnością pamiętają życie kulturalne, które się w nim toczyło. Miasto było zawsze bardzo bogate, a mieszkańcy głównie handlowali węgierskim winem. W Lesku znajduje się największy kirkut w Polsce i chyba najbardziej opuszczony. Poprzechylane płyty nagrobne świadczą o tragedii, która spotkała całe miasto (pod rozwagę polecam „Noc” Elie Wiesel , jak znikały takie miasta).
Za Leskiem w stronę Soliny znajduje się tzw. Kamień Leski, o którym pisze Fredro i Pol. Dobre miejsce dla amatorów wspinaczki (w ścianę powbijane haki), na romantyczny spacer raczej też.
Solina
Jeziora utworzone przez zaporę solińska ciągną się na 50km, a linia brzegowa jest najciekawsza w Polsce. W lato oblegana przez amatorów sportów wodnych, jednak kiepska dla bezpośredniego kontaktu z wodą. Znaczne SA bowiem różnicę w wysokości wody na jeziorze (nawet 1metr na dobę). Co oznacza odsłoniętą lepka glinę, lub zalane ścieżki spacerowe.
Cisna
Generalnie to mało jest w niej do oglądania. Na drogowskazie są Siedlce, a moi znajomi jeżdżą tam czasami (niestety nie chodzić po górach). Czy ktoś mógłby mi to wyjaśnić?
Ustrzyki Górne
Najlepsza baza wypadowa w góry. Mój faworyt! Senna miejscowość, gdzie nie docierają kłopoty i problemy zostawione gdzieś tam za plecami. Miejsce nieprzecietne to „Zajazd pod Caryńską”, gdzie podają boskie jedzenie. Obowiązkowo oscypki po bieszczadzku, pstrąg z pieczonymi ziemniakami i prawdziwa rewelacja- placki ziemniaczane z gulaszem z baraniny! Do tego grzane wino, drewno w kominku i miłe towarzystwo opowiadające swoje historie. To wszystko w jednym małym, niepozornym miejscu.
Bieszczady to stare cerkwie, dzika przyroda i miejsca do których chce się wracać, bo rozumie się, że tak naprawdę nie widziało się jeszcze nic. Mam nadzieję Krzysztof, że nie pogniewasz się za umieszczenie twoich zdjęć. Tak wyglądają Bieszczady, gdy się ma tyle szczęścia co ty….
Anioły są obecne od kilku lat w mojej wyobraźni. W zeszły weekend pojawił się jeden konkretny- Archanioł Michał spojrzał na mnie z paru Ikon w Sanockim muzeum….oto kim jest.
Hebrajskie imię Mika'el znaczy któż jak Bóg. Gdy Lucyfer zbuntował się przeciwko Bogu, namawiając do tego samego 1/3 aniołów, to Michał sprzeciwił mu się jako pierwszy mówiąc „Któż jak Bóg!”. We wszystkich religiach uważany jest za jednego z najważniejszych aniołów, to jemu Bóg powierza zadania wymagające szczególnej siły. Wstawia się u Boga za ludźmi, towarzyszy umierającym w drodze do wieczności dlatego ma patronat nad kaplicami cmentarnymi. Artyści przedstawiają go z wagą do odmierzania dobrych uczynków. Zaś symbolem dobrych uczynków jest złoto i dlatego jest też patronem złotników i rytowników. Posiada też ognisty miecz. Michał jest Archaniołem, którego przyzywamy w naszej walce przeciw złu i niesprawiedliwości. Pomaga odnaleźć wewnętrzne światło. Jest patronem policjantów, żołnierzy i małych dzieci, a także opiekuje się pielgrzymami i obcymi ludźmi. Archanioł Michał jest ognistym wojownikiem, Księciem Niebiańskiej Armii, która walczy w imię prawa i sprawiedliwości. Daje wsparcie wszystkim, którzy znajdują się w strasznym ucisku. Michał jest też dawcą cierpliwości i szczęścia. Jest postrzegany jako Posiadacz Kluczy do Nieba i Szef Archaniołów, Książę Obecności, Anioł Żalu, Prawości, Litości i Uświęcenia Duszy. Michał Archanioł jest patronem wielu państw (np. Japonia, Niemcy), miast (np. Bartoszyce, jest w herbie Białej Podlaskiej i Łańcuta), zawodów (np. policji) kościołów i zgromadzeń zakonnych: michalitów i michalitek. W Polsce istnieje ruch Czcicieli św. Michała Archanioła i Rycerstwo św. Michała Archanioła <wikipedia>
Górny Śląsk to miejsce inne niż wszystkie w Polsce. Od XXIII aż do XX wieku pozostawał poza granicami naszego kraju. Ludność regionu miała oczywiste problemy z identyfikacją narodową co do dzisiaj pozostawia ślad. W spisie narodowym w 2002 roku 173 200 osób zadeklarowało narodowość śląską. Spis był jednak bardzo krytykowany i zapewne bardzo zaniżył rzeczywistą liczbę. Ślązacy mają własny język (wpisany do rejestru języków świata i zarejestrowany w UE pod kodem ISO), własna kulturę i kuchnię . Również architektura miast jest niezwykła i mogąca zafascynować bez reszty. Stare kopalnie, pozostałości fabryk, mające lata świetlności dawno za sobą kamienice. To miejsce kontrastów, gdzie mieszkańcy walczą kolorami z otaczającą szarością. Zapraszam was w podróż do Katowic.
Bogucice
Bogucice to miejsce tak ważne dla polskiego hip hopu jak warszawski Ursynów. To jedna z najstarszych dzielnic Katowic w której nowe bloki lat 70-tych przeglądają się w XIX wiecznych kamienicach.
Położony jest tutaj najstarszy cmentarz Katowic o którym można znaleźć wzmianki z XVI wieku.
Anioły
W minionych latach, gdy pyły z fabryk i kopalni osadzały się nawet na ubraniu od razu po wyjściu z domu anioły były oznaką czystości. Do dziś są obecne na Śląsku.
Kolory
Większość starych, ceglanych kamienic okna pomalowane ma na różne kolory. Często okna każdego pietra pomalowane są na inny kolor. Ślązacy również mieszkania malują na kolorowo. Na ścianach kamienic często widać kolorową farbę, co czasami jest dość abstrakcyjne.
Nikiszowiec
To najbardziej niezwykła dzielnica Katowic. Unikatowa ze względu na koncepcję i formę architektoniczną. Jest to osiedle wybudowane dla pracowników kopalni „Wieczorek” w latach 1908-15, 1920-24 według projektu braci Zillmannów. Składa się ono z 9 połączonych ze sobą kwartałów budynków i kościoła w środku. Jak dla mnie jedno z najwspanialszych miejsc w Polsce, wraz z autentycznymi mieszkańcami. Z dworca PKP można dojechać między innymi autobusami 12 i 30.
Galeria Szyb Wilson
Stary szyb kopalniany zaadaptowany na potrzeby galerii w 1998 roku. Ma na celu przybliżenie Nikiszowca do sztuki i sztuki do Nikiszowca (dlatego wstęp jest za darmo). Ogromna przestrzeń daje wielkie możliwości.
Grupa Janowska
To grupa malarzy amatorów zamieszkujących kiedyś osiedle Nikiszowiec, będąca ewenementem na skale światową! Początki grupy sięgają lat 30. ubiegłego stulecia i założonej przez Teofila Ociepkę gminy okultystycznej, której jedną z form ekspresji było malarstwo. Po drugiej wojnie światowej twórcy gromadzą się w założonej przez Ottona Klimczoka świetlicy kopalni Wieczorek. W początkowym okresie, do 1956 ich twórczość spotykała sie z krytyką, jako odstająca od kanonu socrealizmu. Niewątpliwie duży wpływ na twórców wywarły okultystyczne poglądy Teofila Ociepki. Uważał on, że twórczość malarska jest Bożym posłannictwem i powinna przedstawiać problematykę zasadniczą, w tym istotny dla niego problem walki Dobra ze Złem. Traktowanie twórczości jako posłannictwa, mającego na celu wypełnienie misji w istotny sposób odróżnia członków - założycieli Grupy Janowskiej od innych twórców amatorów. Malarze spotykali się raz w tygodniu, w środy lub czwartki i przedstawiali ocenie kolegów swoje prace. Były one poddawane ich surowej krytyce, czasami skrytykowani twórcy na miejscu niszczyli swoje prace.
Osiedle Nikiszowiec i grupę malarzy można oglądać w filie Lecha Majewskiego „Angelus”, który gorąco polecam.
Podróże pojawiały się bez przerwy w mojej głowie. Szczególnie, gdy nudziła mnie już wykonywana praca. Zastanawiałam się wtedy jak mogłabym oddalić się od problemu, a najprostszą ucieczką była podróż. Dopadało mnie to zimą w Polsce, gdy nie mogłam znieść wysyłania emaili przez osiem godzin dziennie, propagując obce mi idee. Zdarzało się to również w Grecji, gdzie godzinami siedziała w piwnicy zmywając naczynia po klientach bajecznej restauracji. Gdy rano przychodziłam do pracy przed oczyma od razu stawał mi autobus jadący gdziekolwiek. Ale nigdy nie miałam odwagi do tak radykalnego rozwiązania. Wtedy podróż zostawał w strefie marzeń, a ja musiałam w inny sposób rozwiązać powstały problem.
Czasami był do NIEGO podobny. Dobrze zbudowany, przystojny artysta, nie wierzący w swoją sztukę. Pracował w dużej firmie twierdząc, że z tworzenia nie da się wyżyć. Na ramieniu miał wytatuowane słońce, bo uważał je za najważniejsze w życiu. Jak ON potrafił być czasami namiętny, sprawiając że czułam ciepło przepełniające mnie do ostatniego naczynka krwionośnego. Był jednak poraniony, a ta różnica kładła cień na wszystkie podobieństwa. Potrafił nie kochać i być zimny jak alpejskie szczyty. Potrafił ranić tak głęboko, jak głęboko czułam jego pożądanie. Nigdy nie powiedział że mnie kocha……
Zaczęłam znowu pisać, po raz kolejny inspirowana przez Olgę Tokarczuk.
Skąpany w słońcu, zwykły jednak magiczny świat 7-latka. Film o igraszkach z losem, o tym jak można go przekupić i zagrać z nim vabank. Prosta historia, naturalna i płynąca jak woda w rzece w słoneczne wakacyjne południe. Woda, w którą można się wpatrywać bez końca, jedynie z małym smutkiem, że trzeba w końcu wrócić do domu. Dawno nie widziałam tak dobrego polskiego filmu. Koniecznie go zobaczcie!
Zaledwie 200 km od Warszawy toczy się kompletnie inne życie, w świecie do którego nie tak łatwo się dostać…
W zasadzie to o Białorusi wiedziałam tylko tyle, co opowiedziały mi koleżanki i co wyczytałam w gazetach. Nie widziałam nigdy żadnego białoruskiego filmu i słyszałam pewnie tylko kilka piosenek. Wiedziała natomiast, że nie lubię przejścia granicznego w Terespolu, gdzie człowiek czuje się jak pędzony na zagładę w obozie koncentracyjnym. Wszędzie psy, karabiny i wystraszeni ludzie.
Brześć zaskoczył mnie od razu. Normalne miasto, jakich w Polsce wiele. Ludzie wydają się tacy europejscy, tylko realia trzymają ich w nierealnym świecie. Ale właściwie to trudno odgadnąć, gdzie tak naprawdę jest tożsamość mieszkańców. Dzieje Brześcia od zawsze były związane z Polską, Litwą i Rosją, a tak naprawdę wcale nie z Białorusią (tu może trochę historii):
Pierwsza wzmianka o Brześciu pochodzi z 1017. We władaniu książąt ruskich (XI - XIII w.), później wraz z Rusią zdobyty przez Litwę. Na mocy unii polsko-litewskiej znalazł się w granicach Rzeczpospolitej. Miejsce zawarcia unii brzeskiej (1596) i brzeskiego traktatu pokojowego (1918). Od 1919 w Polsce. W 1930 uwięzienie w twierdzy działaczy opozycji parlamentarnej (brzeski proces). W 1939 miejsce spotkania: wspólnej defilady wojsk niemieckich i sowieckich uczestniczących w agresji na Polskę, następnie pod okupacją sowiecką. Po 1944 na terytorium Białorusi.
Skutkiem tego w Brześciu praktycznie nikt nie mówi po Białorusku i właściwie to nie ma się co dziwić skoro od tak niedawna Brześć jest Białoruski. Będąc tam próbowałam zgłębić tajemnice nie istnienia języka Białoruskiego, i tak naprawdę nikt nie potrafił tego wyjaśnić. Zrozumiałam dopiero po powrocie, studiując atlasy historyczne.
Białoruś jest taka, jaką pamiętam Polskę z czasów mojego dzieciństwa. Niby na półkach w sklepach jest dużo, ale nie wydaje mi się by mieszkańcom się przelewało. Na mieście pełno jest starych samochodów szarych ludzi, tak jak kiedyś u nas. Nie ma kolorowych wystaw, manekinów i kawiarni. Sklepy są nie widoczne, a prywatna inicjatywa (cukiernie, pralnie, kwiaciarnie i cała reszta) praktycznie nie istnieje.
Ludzie są otwarci i gościnni, ani razu nie poczułam się obco mimo, że czasami trudno było nam się dogadać…
Rano skierowałyśmy się na Trójmiasto. Podwoziły nas kobiety, co jest raczej nie spotykane. Jedna jest architektem i w wieku 35 lat wyjechała na stypendium do ministerstwa we Francji. Dużo i fajnie opowiadała.
Z Gdyni zabrało nas 2 chłopaków, jeden z Torunia, a drugi- pilot samolotów z Warszawy (już drugi w naszej podróży stopem). Gadaliśmy o podróżach i życiu. Pojechałyśmy razem z nimi do Jastarni i przez cały pobyt nad morzem mieliśmy razem poimprezować, ale cały czas coś stawało na drodze. Zwiedzałyśmy knajpy (zupa rybna po kaszubsku!) i bary gdzie super laski tańczyły na barach. Tylko pogoda nie dopisała i nie było opalania.
Na koniec wróciłyśmy do Trójmiasta i pojechałyśmy z moją ciocią i wujkiem do Gołunia. Spałyśmy na jachcie, pływaliśmy nim, zbierałyśmy kurki i jadłyśmy z nimi pierogi, grilowaliśmy i opowiadaliśmy sobie wydarzenia ostatnich 2 lat. Super mieć taką ciocie i wujka!
Po 2 dniach wróciłyśmy przez Toruń (gdzie zatrzymałyśmy się na pyszne pierniki i herbatkę!) do Warszawy…aby za 2 dni ruszyć na Białoruś.
Wszystko rozpoczęło się w Mylofie. Z wrażenia wstaliśmy o 6.30, parę godzin później przystojniak Dawid przywiózł kajaki. Wsiadłam z Julią i popłynęliśmy. Po kilkuset metrach, przestraszona rurami z wylewającą się wodą i tym, że kompletnie nie mogłam panować nad kajakiem postanowiłam nas ratować. Krzyknęłam Pawłowi, że się zamieniamy i dobiłam do brzegu. Czekałam i czekałam na Pawła , aż postanowiłam wskoczyć do wody i przychodować kajak do nich. Z Pawłem już jakoś szło… do czasu. W pewnym Momocie nie mogłam już dalej płynąć i postanowiłam wysiąść w bagnie z pokrzywami mojego wzrostu. Tym sposobem powstała kajakofobia (która jeszcze chyba nie istnieje). Tak więc resztę spływu ja spędziłam zwiedzając okolice po ścieżce przyrodniczej „szlak Brdy” (po brzegu oczywiście). Po trzech dniach mama i Paweł pojechali do domu, a my z Julią zostałyśmy na polu namiotowym.
Tego samego dnia przypłynęła na noc duża grupa z wyjątkowo życzliwymi osobami. Cały wieczór przesiedzieliśmy przy ognisku i czymś na rozgrzewkę.
Następnego dnia ruszyłyśmy do Tucholi na spotkanie z Wiolą poznaną przez portal randkowy. Oprowadziła nas po mieście, poszłyśmy na piwko a potem pojechałyśmy na festyn i ognisko do Cekcyna. Niesamowite, bo poczułam się jakbym znała ją od lat! Niesamowicie pogodna dziewczyna! W Cekcynie na Polu Namiotowym obsługiwane byłyśmy wspaniale, a na koniec właściciel powiedział, że takie piękne dziewczyny to za darmo!
Z Cekcyna ruszyłyśmy do Chojnic, gdzie mieszka chyba największy odsetek okolczykowanych i obtatuowanych ludzi w Polsce. Do tego dużo przystojniaków i niezłych lasek! Tam mogłabym mieszkać!
Dodam, że podróżownaie na stopa okazało się tak łatwe, że nigdy nie czekałyśmy ponad 15 minut!
Potem ruszyłyśmy dalej i na noc zatrzymałyśmy się w wiosce Kalisz nad malusieńkim jeziorkiem. Rozpaliłyśmy ognisko, które paliłyśmy pół nocy gadając jak zwykle o tym samym. Rano ruszyłyśmy do Kościerzyny, gdzie spotkałyśmy się z Moniką (poznaną przez stronę Beaty Pawlikowskiej). Pochodziłyśmy po mieście i pogadałyśmy. Na noc zatrzymałyśmy się w Gołubiu, przy domku mojej cioci. Wieczór przy drinkach na tarasie hotelowym, a potem… do namiotu!
Czy wiecie coś o FLORENCE FOSTER JENKINS, najgorszej śpiewaczce świata? Uciekła od ojca, który nie chciał opłacić jej szkoły muzycznej, bo widocznie miał dobry słuch. Po jego śmierci odziedziczyła dużą fortunę (miała 40 lat), zaczęła chodzić na lekcje śpiewu, dawać recitale i nagrywać kawałki.
„Szczyt złego śpiewu. Mount Everest fałszu”
W wieku 76 lat wynajęła Carnegie Hall na swój recital (sala na 3 tysiące osób). Nikt nie wierzył w sukces tego przedsięwzięcia więc sfinansowała je sama. Występ ten okazał się najbardziej niezwykłą rzeczą jaka wydarzyła się w tej sali. Biletów zabrakło, ok. 2 tysięcy ludzi odeszło z kwitkiem, a konicy sprzedawali bilety z kilkakrotnym przebiciem.
Były aplauzy, szaleństwo, krzyki, piski i oklaski. W miesiąc potem umarła.
Jeśli tylko będziecie mieli okazje zachęcam do obejrzenia spektaklu BOSKA! W teatrze Polonia. Boska sztuka, boska Janda.
Do you know the worst opera siner? Florence Foster Jenkins (1868–November 26, 1944) was an American soprano who became famous for her complete lack of rhythm, pitch, tone, and overall singing ability. You can listen: http://www.youtube.com/watch?v=1cWwA7Czi1E
Tę podróż mogłabym określić na wiele sposobów: koszmar kolejowy, zaginione szlaki rowerowe, na bezdrożach samotności, tam gdzie nie ma już nic.
Przez ostatnie dni miałam dużo czasu na przemyślenia. Ciekawe czemu dopiero w czasie tego wyjazdu stwierdziłam, że 90 % Polaków to idioci (aczkolwiek Iwan poprawia mnie, że 99%). Spotkałam wielu głupich ludzi i marzyłam tylko o tym by znowu wrócić na szlak do lasu, gdzie spotykałam co najwyżej zające.
Wspaniale było zaczerpnąć oddech na Helu i wpaść w barze po raz kolejny na Andrzeja Chyrę. Fajnie było nie mieć sił i spacerować obserwując co się dzieje wokół. Nigdy nie widziałam większości teraz zwiedzionych miejscowości nadmorskich (dzięki temu mam swojego faworyta).
Nie fajnie było tylko spać pod namiotem, bo było dosyć zimno i jak coś mi w nocy wbiegło pod tropik.
Samotność nauczyła mnie doceniać niektórych ludzi, którzy są w moim życiu.
Teraz po powrocie jest mi smutno, bo moje przeczucie w zderzeniu z szarą rzeczywistością nie spełniło się. Rozgrzebuje 8 miesięcy samotności i zastanawiam się co jest nie tak ze mną, dlaczego nie mam fajnego chłopaka, który chciałby i potrafiłby mnie pokochać. Hahahahaha pewnie dlatego, że 90 % Polaków to wiemy kto....
Mało zdjęć, ale nie miałam siły robić i mam kłopoty z załadowaniem.
Jeszcze w tym tygodniu ruszam w podróż. Dystans 750 km na rowerze. Jadę sama, bo mam takie jedno przeczucie. Mam nadzieje, że dam radę. Jak nie, to mam chociaż nadzieje, że nie z powodów technicznych. Już czuje jak bedzie wspaniale... Noclegi na polach namiotowych. Zrobię dużo fajnych zdjęć. Szkoda tylko, że jak zwykle nie mam z kim jechać
Puszcza Białowieska to ostatni naturalny las nizinny – perła wśród puszcz starego kontynentu. Na jej najcenniejszej części utworzono w 1921 roku Białowieski Park Narodowy. Rangę Parku podkreśla uznanie go przez UNESCO za Światowy Rezerwat Biosfery, wpisanie na listę Dziedzictwa Światowego, a w ostatnim czasie przyznanie Dyplomu Europejskiego. Park znany jest na całym świecie, dzięki udanemu projektowi restytucji żubra - w 1919 zginął ostatni żubr w Puszczy, pozostały jedynie okazy w hodowlach zamkniętych. W 1929 utworzono zwierzyniec, w którym w 1944 przebywało już 17 żubrów. W 1952 roku wypuszczono pierwsze okazy na wolność. Obecnie stado liczy około 350 sztuk.
Najbardziej znaną miejscowością w okolicy jest Białowieża. Znajduje się tam siedziba władz parku (z Ośrodkiem Edukacji Przyrodniczej i Muzeum Przyrodniczo - Leśnym) położona we wspaniałym Parku Pałacowym (z pozostałościami Carskiej Rezydencji Myśliwskiej). Malownicza trasa zwana „Żebra Żubra” prowadzi z Białowieży do atrakcji, której nie wolno pominąć - Rezerwatu Pokazowego Żubrów. W rezerwacie eksponowane są żubry, koniki polskie typu tarpana, łosie, jelenie, sarny, dziki, żubronie (krzyżówka żubra z bydłem domowym) i wilki. Ponadto w miasteczku: Zespół Cerkwi z końca XIX wieku oraz Cerkiew unicka z końca XVIII w. Wydarzeniem kulturalnym o wymiarze krajowym jest „Noc Kupały” oraz „Bieg Żubra”. Z Narewki wyznaczono ciekawe szlaki turystyczne (piesze i rowerowe), a na terenie gminy znajduje się duży zbiornik wodny Siemianówka. W Hajnówce warto się udać do Muzeum Zabytków Kultury Białoruskiej. Ponadto polecamy przejazd kolejką wąskotorową z Hajnówki do miejscowości Topiło, gdzie znajdują się stawy śródleśne (atrakcyjne miejsce do wypoczynku, wędkarstwa, rekreacji).
Zobacz zdjęcia w PHOTOS
Bialowieski National Park is the oldest national park in Poland and one of the oldest in Europe. It was founded as "Reserve" Forestry in 1921 but officially established as National Park in Bialowieza in 1932. In 1947 it was restored as the Bialowieski National Park. At one time the property of Polish kings, the Bialowieskie Forests have survived in an almost unaltered form. It is without a doubt the most valuable, natural area in the lowlands of entire Europe. Located on the watershed of the Baltic and Black seas, this immense forest range consisting of evergreens and broad-leaved trees is the home of some remarkable animal life including rare and interesting mammals. Total area of the park, which was 5,348 ha, was nearly doubled in 1996 up to 10,502 ha. The Park comprises about one tenth of the entire Bialowieza Primeval Forest, which has a wide range of flora and fauna typical of both western and eastern Europe. The Bialowieskie Forests are among the World Biosphere Reserves in Poland. Since 1979, as the only Polish monument of nature, Bialowieski National Park has been inscribed on the World Heritage List.
The Park's animal life totals 11,000 species including 62 species of mammals and 200 species of birds. These wilderness areas are inhabited by some 300 European bison (a species which has been reintroduced into the park in 1929), elk (North American - moose), stag, roe deer, wild boar, lynx, wolf, fox, marten, badger, otter, ermine, beaver and numerous bats. It is also a show place reserve for tarpan (the Polish wild forest horse). Bird species include the black stork (Cioconia nigra), Pomeranian eagle (Aquila pomarina), tawny owl (Strix aluco), crane and raven.
In siedlce students’ day calls Jackonalia. It’s a time when srudents drink, have parties, concerts and do not study. The 22th of May was the first day of Jackonalia. Me and Inessa made banner with slogan Management.
Me and Julia dressed up as a dolls and we made make ups and looked very funny. Pawel, Inessa and Wojtek also dressed up . We took part in Students' parade. Then Julia was chosen as the queen of Jackonalia and even was taken the crown. She had to dance with the King on the stage. At the evening was a party, some polish bands had the concert and afterwards was the disco. Some days before Julia met a guy Franco, from Italy. Shy met with him thanks to the Internet. He had his vacations in Warsaw. We invited him to Siedlce to take part in this parade and party. I think he liked it. He is a nice person, who is open-minded and travel a lot. View photos
Dostałam dziś emaila od człowieka którego nie znam, ale który jest pewnie znajomym Braciaków (to wy przesłaliście mi tego emaila- próbuje dociec jak ja go dostałam). Jest w każdym razie tak nierealny, że go wam prezentuje (mam nadzieję, że nikt nie będzie miał mi za złe).
Ja w dalszym ciągu w Meksyku, w podróży teraz odwiedzam Oxake, to takie dziwne miejsce gdzie baby trzymają mężów mocno za jaja, to one pracują i zajmują się interesami, a mężowie siedzą w domu i zajmują się dziećmi, ale Oxsaka, to także miejsce w którym słynne mexykanskie tortille, mają wielkość naszych naleśników, z tym że ludzie zamiast z dżemem to jędza je ze świerszczami i innymi owadami. Oxaka to w końcu także miejsce w którym czarownice jedzą grzyby halucynogenne, a potem podróżują, wkradając się w dusze swoich ofiar, porywając ich sny i marzenia zamieniają ich w żywych zombi, jak ja to dobrze znam po tylu latach mieszkania w Londynie- Wcale nie trzeba być zaczarowanym przez tutejsza wiedźmę żeby wyglądać, żyć i poruszać się jak lunatyk. Ja za to mam się doskonale , podróżuje i świruje, zapijam się tutejszymi browarami, z dodatkiem micialady, czyli limonki, soli i suszonych startych robali, zajadam przy tym ich gigantyczne tortille ze świerszczami,. i uważam na to by mi żaden nie wyskoczył. Pozdrawiam serdecznie Danielo.
I have got an email from unknown guy this morning. I’m still in Mexico in Oxaka exactly. It’s the place where women have a power, they are working and earning money when the guys are staying at home with children. In Oxaka you can find famous tortillas, they are so huge like pancakes but they don’t eat it with jam but with crickets and another insects. Oxaka it’s also place where the witches are eating hallucinogenic mushrooms, and they are traveling after. They kidnap souls, dreams and they changed people in zombie. I’m fine, I’m traveling, drinking local beer with lemon, salt and grated insects. I’m eating huge tortillas with crickets and I’m paying attention for them (they can jump of from tortilla). Danielo
Lokalizacja: Olsztyn Cel: Międzynarodowa konferencja kół naukowych Data: 10-11 maja 2007
Idziemy na obiad, mijamy uśmiechniętych ludzi w koszulkach wydziałów z browarami w rękach. Przechodzimy przez park, rzekę, obok kortów tenisowych, jeziora i plaży.
Po obiedzie sami kupujemy piwo i ruszamy na zwiedzanie Kortowa- Miasteczka Uniwersyteckiego w Olsztynie. Jestem zachwycona. Kręcę film, na ulicach pełno ludzi, studenci wysiadają z ciężarówki. Śpiewają piosenki i wymachują flagami.
Otwierają się drzwi i Kuba zaprasza nas do pokoju. Wchodzę zdziwiona, bo pokój wygląda jak po tornadzie, pomijając wszystko inne na podłodze walają się pobite naczynia.
Niebieska kuchnia, w niej my, na ogniu brudny garnek. Porterówka to się pija w Kortowie. Szybko mieszamy 4 portery, pół litra spirytusu, szklankę cukru i cukier waniliowy. Mieszamy butelką, bo pod ręką nie ma nic innego.
Pada deszcz, stoimy pod sceną z parasolem w ręku. Ludzie piją, śpiewają i tańczą. Słychać trąbki, my kręcimy syrena strażacką. „O Olsztynie każdy gada, kortowiada, kortowiada”.
Rzucam pustą puszkę obok siebie, idę do kibla. Ludzie pomagają pewnemu panu zgniatać puszki, takich panów jest tu bardzo dużo. Podchodzę pod toi toia, jest długa kolejka. Woła mnie dziewczyna, mówi, że zajęła mi kolejkę, widzę ją pierwszy raz w życiu. Gadamy o studiach, o imprezie. Będę jeszcze z wieloma osobami rozmawiać pod toi toiami o tym co widzę. Wszyscy rozmówcy są szczęśliwi z wyboru Uczelni.
Kac Rondo Kasia, Asia, Gosia i inni. Wszyscy wszystkich znają. Słychać muzykę z akademików, klubów studenckich i scen.
Jesteśmy w sklepie, chce jeszcze kupić fajki, Gosia mówi „nie kupuj, będziesz palić moje”.
Azymut- klub studencki, impreza disco polo. Nie da rady tańczyć, jest tyle ludzi.
Nad brzegiem jeziora szanty.
Poranek dostaje smsa „Hej kochani! Jak tam humorek? U nas fajnie . Nie jedzcie dzisiaj! Wpadajcie za jakiś czas na kac rondo. Pozdrawiam do zobaczenia pa pa”.
Ludzie poznani przypadkiem na ulicy pokazali mi coś w co już przestałam wierzyć. Zrozumiałam, że zmarnowałam studia, bo jak studiować to nigdzie indziej jak w Olsztynie. A jeśli nie przeżyłeś Kortowiady, to mało w życiu widziałeś.
It was my third conference during one month. I went to Olsztyn with my friend, and 3 girls from humanistic faculty. We were slipping in one of the most famous building in town, but conditions there were quite…. bad! After conference We stayed at the students city because this time we have students feast in all Poland. We meet strange people on the street and We spend great time with them. They showed us students life in Olsztyn. I was impressed because parties were excellent and people so friendly ( everything like in Poitiers). I have to go there next year!
Po powrocie z Wilna (o którym napisze jak mnie najdzie wena) pojechałam od razu na Kaszuby na spływ kajakowy gdzie już d dwóch dni spływali znajomi. Towarzystwo między narodowe jak ostatnio zawsze u mnie, był Słowak, Białorusinka, nauczyciele i wykładowcy oraz paru absolwentów mojego liceum i ich znajomi.
Zimno było strasznie, spało się we wszystkim co się miało, wciśniętym głęboko w śpiwór, przykrytym kocem i przytulając się do pozostałych. Taka była moja pierwsza noc. Dodam, że przed nią było ognisko i grupka ludzi z gdańska (ten gorszy typ pielgrzymkowy) i komentowali moje opowieści o książce o relacjach człowiek- pies. No faktycznie straszne, że ja w ogóle coś czytam, nie?
Rano powitało nas słońce i piękna pogoda. Śniadanie na trawie, pakowanie i płyniemy. Moje pierwsze doświadczenia w kajaku na rzece. Było wspaniale! Czy ja się nie urodziłam w kajaku?!
Noc spędziliśmy w Świcie, kilka kilometrów od Tucholi. Piękne pole namiotowe szkoda, że bez normalnego zaplecza sanitarnego! Ale jestem twarda i kąpałam się pod lodowatą wodą, pod prysznicem odkręcanym obcęgami. W nocy było ognisko, kiełbaski, grzane piwo, słowackie i białoruskie piosenki. Było naprawdę miło. Gdy obudziłam się nad ranem słyszałam tylko ptaki, to było jak ciąg dalszy snu.
Po śniadaniu wyruszyliśmy na najcięższy fragment rzeki zwany „Piekiełko”. Jest to jedno z miejsc, które jest w stanie podnieść poziom adrenaliny u spływających. Pełno tam zwalonych pod wodą konarów, głazów i nurt pozwala spokojnie mówić o tym miejscu jak o rzece górskiej.
Kto mnie zna wie, że mam skłonności do dominowania, więc płynęłam z Pawłem pierwsza. Wystarczyła sekunda, a nasz kajak obrócił się i cały napełnił wodą. Cudem nie utonął i nas z nim nie zniosło. Paweł trzymał się dzielnie konara i czekaliśmy na pomóc. Kolega zdjął buty i ruszył na pomoc przynajmniej mojej torebce. Nurt niestety go zniósł. Kapok założyłam chyba w sekundę! Udało im się nas ściągnąć. Byłam mokra do pasa, zestresowana, wszystkie rzeczy mokre. Postanowiłam dalej nie płynąć. Paweł oraz Inessa zostali ze mną.
Paweł poszedł do Świtu, a ja z Iną porozwieszałyśmy ciuchy do suszenia (sama byłam ubrana w ciuchy koleżanki). Ułożyłyśmy sobie koce w dobrym punkcie widokowym i czekałyśmy na kino.
Pierwsi ludzie przepłynęli tą samą drogą co my, może ich odwróciło tyłem, ale nic gorszego się nie stało. Pomyślałam, że tacy beznadziejni jesteśmy i jak to się mogło stać! Nadpłynęły jednak dwie dziewczyny. Tak jak u nas wystarczyła sekunda i kajak znalazł się pod wodą. Wyrzucone z niego porwał ich prąd. To samo stało się z dwoma następnymi kajakami. Jeden kajak razem z dziewczyną obróciło do góry nogami. Nie widziałyśmy co działo się dalej bo momentalne porywał ich wszystkich prąd (a to Paweł miał siłę, że się tak trzymał!!). W tym Momocie zbiegłyśmy z Inessą na dół i kierowałyśmy wszystkich jak mają wyminąć to niebezpieczne miejsce.
Na następnym zakręcie wywróciły się jednak jeszcze dwa kajaki i jeden z naszych. Ale tam było bardziej niebezpiecznie niż u nas. Bo zamoczyli się cali i ściągano ich na linie.
Byłam zziębnięta, długo czekaliśmy ale nie popsuło to mojego nastawienia. Uwielbiam naturę i jarają mnie tego typu przeżycia. Nie lubię miast, szczególnie gdzie są sami niemili, cwaniaccy ludzie czekający żeby cię przekręcić.
Wole jak zaskakuje mnie rzeka, wole w ten sposób zabijać nudę.
Dopadł mnie znowu dołek bo tak tęsknie za tymi lasami i spokojem. No cóż. Kolejny spływ w wakacje a póki o zadowolę się Puszczą Białowieską w Boże ciało ( ale to musi być koniecznie camping
Canoeing rally
I decided to spend beginning of the long weekend on the forest. Teachers from my high school, some friends of them and ex students went on the Brda River to canoeing rally. I only one time in my life was canoeing and it was on the lake. But I like adventure! Everything was wonderful except nights, because it was so cold at night (-2!).
We were appreciate the nature (Brda river is one of the most interesting river in Europe), made watch-fire, we were roast sausages and singing Slovakian and Belarusian songs (international company like usually).
River was quiet until the last day. There is dangerous stretch of the river called “little hell” and of course we had accident there. I was completely surprised when our canoe turned around and sank! Fortunately we managed to stay in one place and friends took us out from the river (with canoe so we have all staff!!). I stayed with all things, Ineesa (my Belarusian friend) and Paweł went to our last stay place (to say were are we). I sat dawn with Inessa and another 3 canoes were fall in the same place. It was quite big camp on the end of the day. All almost dawn people
You should try canoeing it’s really great when you can be so close the nature, outside the city.
Podróż do Petersburga planowana była od kilku miesięcy. Szukaliśmy kontaktów, pisaliśmy prace, chodziliśmy od dziekana do rektora i tak ciągle. W końcu wszystko się udało. Dostaliśmy zaproszenia z uniwersytetu, pieniądze z naszej uczelni i po napisaniu prac na konferencje pojechaliśmy.
Staraliśmy się jak najbardziej obniżać koszty i dlatego z Brześcia pojechaliśmy najtańszym pociągiem do Petersburga.
Jechaliśmy koło 24 godzin w wagonie bez przedziałów i może wszystko byłoby dobrze gdyby nie to, że spaliśmy na korytarzu. Pod nosami mieliśmy brudne, śmierdzące skarpetki nie do końca trzeźwych panów ,a nie dało się niestety nawet okna otworzyć (były zalepione na zimę).
Już na dworcu dał znać o sobie Wielki Brat sygnalizując ,że Porządek Musi Być i że Ręka Sprawiedliwości nas dosięgnie (spod ziemi pojawił się koleś w mundurze zakazując filmowania).
Wyszła po nas piękna studentka Julia i zawiozła do Akademika, gdzie na wstępie robią ci….? Co mogą robić?? Zdjęcie (gdyż porządek musi być!!). Jak się przechodzi przez bramkę, to zdjęcie się wyświetla, a wejścia do akademika strzeże 2 ludzi wielkiego brata (dodam, że pracują tam jeszcze dwie panie recepcjonistki na jedną zmianę- ciekawe ile w sumie i pani kasjerka- Bo Każdy Musi Mieć Pracę). Akademiki lepsze niż u nas, czas na miasto.
Do Ermitażu udało się nam wejścia darmo dzięki temu, że Ina i Julia gadały po rosyjsku. Zaskoczyła mnie kolekcja obrazów Picassa, a przede wszystkim Matissa (był nawet obraz, który sama starałam się kiedyś namalować). Doprawdy imponujące kolekcje waz z Grecji i Rzymu a nawet sarkofagi i mumie z Egiptu.
Zwiedziliśmy też jedną z największych katedr świata Sobór św. Izaaka i muszę przyznać, że zachwycił mnie on tak bardzo, że po raz pierwszy robiłam zdjęcia w kościele.
W ogóle wszystko w Petersburgu jest ogromne do tego stopnia, że nawet nie mieściło się w moim obiektywie mimo, że mało brakuje mu do rybiego oka. Wielkie ulice, budynki, krawężniki, ale w końcu założyciel miasta Piotr I Wielki miał ponad dwa metry wzrostu.
Rosja wydała mi się taka jak o niej myślałam. Trochę świetnych samochodów i mnóstwo starych gratów. Od tych samochodów powietrze pełne jest smogu, że nie miło się oddycha a na budynkach odkłada się czarny pył. Budynki są piękne z zewnątrz a w środku nędza, brud i prawdziwe życie tego zakłamanego miasta. Wydaje mi się, że przeciętny turysta widzi Petersburg właśnie tak jak chciałaby Rosja żeby to widział. Pięknie, tanio i przyjemnie. Ja widziałam co innego i mnie to przeraziło! Nie mogłam zaakceptować tego zakłamania i tragedii na której toczą życie bogate elity.
Wszędzie pełno jest wojskowych oraz różnych innych umundurowanych służb. Jeśli masz aparat lub kamerę (a tą w szczególności) możesz być pewien, że ktoś wyrośnie z pod ziemi i będzie chciał od ciebie pieniędzy. My za filmowanie w metrze zapłaciliśmy tylko 100 rubli bo Ineza i Julia nas wybroniły. Wydaje mi się jednak, że nawet na ulicy może ktoś podejść i powiedzieć, że złamałeś prawo i prosi z nim. Nie możesz się bronić. Wszędzie chcą kasę. Ludzie są szarzy, zgorzkniali, smutni czemu nie ma co się dziwić.
Na konferencji studenci byli nie ufni, miałam problem z porozumieniem się po angielsku. Poziom był wysoki a była to mała, tak jakby wydziałowa konferencja. Przez nią też sączyła się propaganda gdy towarzysze nauczyciele wręczali nagrody i dyplomy za dobrą pracę towarzyszom studentom.
Następnego dnia po konferencji zwiedzaliśmy dalej miasto, byliśmy też za miastem. Oglądaliśmy podnoszenie mostów i szukaliśmy ciekawostek w nocnym Petersburgu. Przypadkiem zabawiliśmy się też na dyskotece z parą Irlandczyków.
Gdy przeprowadziliśmy się do hotelu mieszkaliśmy w starej dzielnicy w której mieszkał Dostojewski i którą opisywał w Zbrodni i Karze. Stare, brudne i biedne kamienice przeglądają się w witrynach ekskluzywnych perfumerii jak cały Petersburg.
Rosja, kraj do którego nie chce już wracać, ale który warto było zobaczyć.
Petersburg
I spent 5 days in Russia. I went there with my friends from University and our profeosor. We took part in a conference so we had financial support from University. I had oportunity to see real Russia. Petersburg it's so nice but there is so much poor people. You know, from the front everything is beutiful but inside it's only dirt and extremy poverty.
I didn't feel safely in Russia. A lot of uniformed men on the strrets. They wait for your one step like making pictures in bad place (in Russia all places are wrong) and they always want money!
Jechałyśmy wczoraj z Inessą do Warszawy, jako, że bez Juli to postanowiłyśmy jechać stopem. Układ był prosty Ina trzyma rękę a ja gadam.
Po 20 minutach zatrzymał się samochód, okazało się że Siedlce są małe i Pan jest rodziną naszego wykładowcy. Poopowiadał też trochę o Ambroziewiczu (Beatko to dla ciebie), bo ma kort tenisowy i z tej racji zna paru ludzi w Siedlcach.
Ale przy tej okazjo chciałam wspomnieć o moich podróżach stopem we Francji. Gdy mieszkałyśmy z Beatą w Poitiers szukałyśmy pracy na wakacje na wyspie Re. Był akurat długi weekend i dostałyśmy prace na wieczór tego samego dnia. Skończyłyśmy po 1 w nocy i nie miałyśmy jak wrócić.
Stanęłyśmy więc na drodze pełne nadziei (dwie biedne Polski mówiące po francusku- hehe) i wyjechałyśmy z wyspy. Entuzjazm był w nas wielki, a więc postanowiłyśmy do samego Poitiers się zabrać.
Wiecie jaki był efekt? Po 2 w nocy znalazłyśmy się jakieś 20-30 km od miasta (do Poitiers ponad 150km!!), a wkoło nie było nic. Samochody przejeżdżały bardzo rzadko i z takim odgłosem jakby startował samolot (chyba nawet nie było czasu, żeby nas ktoś zauważył). Było zimno, my wystraszone, a przed nami perspektywa długiego spaceru…
Na szczęście ktoś nas uratował i skończyło się jedynie na czekaniu godzinami pod dworcem. Beata wystroiła się w ręcznik na głowie i moje brudne skarpetki (nigdy się tak z czyichś brudnych skarpetek nie cieszyła).
Powiedziała też na koniec, że to najgorsza noc w jej życiu. Dalej tak myślisz? Ja przynajmniej mam co teraz opowiadać.
Kilka lat temu Mick przeszedł w Anglii na emeryturę, sprzedał dom, rozstał się z żoną i postanowił na stałe zamieszkać w Iquitos. Otworzył mały sklepik dla turystów, pieniędzy wystarczyło mu na same drzwi. Za wejściem ciągnie się ciasny korytarzyk, w którym mieści się półka z towarami i jedna osoba. Mick stawia stołek na chodniku pod szyldem („ Mad Mick’s Trading Post”), siada na nim z puszką w ręku i siedzi. I patrzy. Bo przestał się dokądkolwiek śpieszyć.
Czasami myślę, że na tym właśnie polega prawdziwe życie: przestać się śpieszyć. Nie musieć nigdzie iść, ani być. Nie mieć nic do załatwienia. Niczym się nie stresować. Nie musieć spełniać niczyich oczekiwań. Oddalić się od ludzi, od pracy, obowiązków. Zaznać calkowitego spokoju. Żyć w zgodzie ze sobą. Patrzyć w niebo i cieszyć się wolnością (...)
Ten kto nie urodził się wolnym człowiekiem, nie będzie umiał żyć wolnością. My, biali ludzie motorowej cywilizacji, jesteśmy ludźmi pracy i obowiązków. Nasze marzenia o wolności wynikają z nadmiar pracy i ciężaru obowiązków, ale ograniczają się do krótkiego odpoczynku, po którym ciągnie nas z powrotem. Rzadko kto potrafi być przestać być niewolnikiem systemu, w którym się urodził i wychował. Nie umiemy cieszyć się naprawdę wolnością bez ograniczeń. Potrafią to tylko Indianie i buddyjscy mnisi. Nauczył się tego Szalony Mick.