Ciezko bylo sie wydostac z miasta i dostanie sie do Bologn zajelo nam 5 godzin. Nasi hosci to studenci szkoly filmowej- pieciu przystojniakow ze hej!! Chodzilismy troche ogladac miasto, wieczorem zrobili wegetarianska kolacje i siedzielismy troche. Rano jeden z nich zrobil nam sniadanie o rany ale milo!! Teraz przyjechal kolejny gosc tak jak my- pisarz, nowelista z londynu. Ale kocham takie zycie!! Jutro Rzym!!
Ciezko sie bylo dostac w koncu wzieli nas rastafarianie z psem. Miasto powalajace, staralysmy sie wczuc sie w miasto. Troche chodzilysmy, troche siedzialysmy pozdrawiajac ludzi przeplywajacych na lodziach. Venecia moze byc centrum of the univers...naprawde... Mialysmy tam hosta ale duzo kosztowal bilet- 7 euro za jednorazowy bilet i zdecydowalysmy sie spac na miescie w namiocie. Znalazlysmy puste podworko zostawilysmy plecaki i poszlysmy na miasto. Kupilysmy wino i poznalysmy jednego chlopaka z bangladeszu ktory sie potem nie chcial odczepic. Potem dwie koreanki i znimi spedzilysmy reszte wieczoru.
W koncu we Wloszech! W miescie naszego przyjaciela Franco niestety bez niego. Misto przyjaznych ludzi i wspanialego hosta, ktory zabieral nas na kolacje i serwowal drinki. Enrice z wielkim sercem i wspanialymi historiami. Az smutno bylo jechac. Probowalysmy lokalnych napojow, pizzy cztery sery i tiramisu- ale musze przyznac ze to robione przez moja mame jest lepsze!!!
Powitanie jak na filmie zgotowal nam Andrej, duzy samochod z napisem Julia CS. Robilismy razem kolacje popijajac lokalne trunki a wieczorem wyskoczylismy na miasto. Oj pieknie tu jest!!!! Teraz ruszamy ogladac za dnia. A jutro Wlochy!!!!!
Nasz wiedenski host byl wspaniala osoba, zyjaca glownie strawa duchowa. Mieszkal na poddaszu, prad mial z akumulatora, a czesto nie mial go wcale dlatego nazwalysmy go "one candle men". Fascynat Indii, Jogi, zyjacy z pomocy spolecznej, czlowiek, ktory w zyciu chce "byc" a nie "miec". Cwiczyl z Julka joge i pokazal nam miasto. Bylo super!
Wczorzaj po cichych stopach dotarlysmy do Gliwic. Po wspanialzm jak zwzkle wieczorze z Robertem, Justyna i ich mama ruszylzsmy z rana do Pragi. Padal deszcz, ale samochody zatrzymywaly sie. Teraz siedyimy u Mirki, pewnie jutro cos dopisze.
Dzisiaj, zaraz ruszamy w kolejną podróż. Plecaki spakowane, cel obrany - wyjazd. Powrót dopiero 9 grudnia z Włoch. Będę pisała moje przygody!! Żegnajcie...na razie.
"Kochanie gdzie jesteś i kiedy będziesz w Czechach lub Słowacji" - pytam w smsie naszą przyjaciółkę Mirkę. "Wracam właśnie z Hiszpani, mijam Strasburg"- odpowiada. "A gdzie będziesz w przyszłym tygodniu koło czwartku to do Ciebie przyjedziemy?" - pytam. "O tak przyjeżdzajcie konicznie do mnie do Pragi". Jak to wspaniale mieć takie życie, że pojechanie do innego kraju nie stanowi problemu. Obywatelka przestrzeni...
For many century Warsaw vibrated with Jewish life. Jews created here on independent, original culture, simultaneously being a part of the creation of the Polish culture. After the holocaust Warsaw (as many other cities and townships in) became the symbol of Jewish absence. It is but a new phenomenon, that life is now returning here. Jewish culture is making a comeback. More pictures => PHOTOS
Podróż do Grecji autostopem zajmuje 3-4 dni. Miałyśmy dużo szczęścia, wielu wspaniałych ludzi spotkałyśmy. Miałyśmy też niemiłe przygody, a było to tak.... Podróż z Polski zajęła nam cały dzień, nocleg w lesie na bagnach na Słowacji był stresujący - ale jak pisał mój znajomy Andrzej w lesie najbezpieczniej. Następny nocleg w Budapeszcie pod supermarketem. Trzeci dzień to autostop od granicy węgierskiej przez Serbię, Macedonię pod granicę albańsko- grecką. Tam zostałyśmy nad jeziorem Ohrid. Potem była już tylko Grecja. Czasami nie miałyśmy co jeść- bo nie miałyśmy nigdzie sklepu. Autostop szedł łatwo. W górach przy granicy z Albanią pomogła nam border police- a jedna z policjantek powiedziała, że chętnie by z nami jechała! Nad morzem było gorąco, ale było można jeść suflaki, figi i pomarańcze prosto z drzewa. Jeden grek zaprowadził nas na rajską plaże na wyspie Lefkada. Następnie był pechowy stop z dwoma albańczykami, którzy mieli podejrzane intencje i nie chciei nas wypuścić z auta. Podstępem uciekłyśmy. Objechałyśmy całą Grecję kończąc w Atenach, gdzie przygarnął nas koleś z autostopu. Było strasznie gorąco!! W powrotnej drodze miły był nocleg na granicy macedońsko-serbskiej, w polu kukurydzy nad rzeczką. A przed granicą węgierską felerny turecki tir, którego kierowca chciał nas zmolestować, a jak uciekłyśmy to nas gonił. Skończyło się policją i tym, że na sygnale zawieżli nas do granicy. Wczorajzy poranek był w Budapeszcie, a teraz siedzę już w domku. Nie ma słońca i ciesze się, że mamy pory roku i że mieszkam w tak cywilizowanym kraju
Fanką Mazur w sezonie nie jestem i nie będę - tłumy ludzi, wszędzie śmieci, a i o zjedzenie czegoś ciężko i żeby jeszcze w przystępnej cenie było. Długo mogłabym wymieniać za co Mazur nie lubię. Pojechaliśmy tam jednak na weekend do naszej sąsiadki. Opalaliśmy się, płytwaliśmy łodziami i kajakami, grillowaliśmy, a nawet odkrylismy przeuroczą rzeczkę Dadaj. Oj mimo wszystko nie chciało się wracać. Więcej zdjęć w PHOTOS
Ahhh co to była za impreza! Od kiedy tylko zobaczyłam plaże w Płocku wiedziałam, że muszę tam przyjechać na imprezę. Nie było tłumu, sami pozytywni ludzie i świetna muzyka!
Po latach odnaleziony kolega z klasy moich rodziców zaprosił mnie i Julkę pod Zakopane na parę dni… W sobotni poranek stałyśmy już na wylotówce na Kraków łapiąc stopa. Szybko udało nam się dojechać do Radomia, a tam podszedł do nas pan pytając czy daleko jedziemy (on też przyszedł łapać stopa). Powiedziałyśmy mu, że do Zakopanego, a on powiedział, ze ciężko będzie. Po chwili zatrzymał się samochód, a kierowca jechał prawie pod samo Zakopane! Kierowca miał na imię Piotrek i jest młodszy ode mnie. Szybko się rozkręciliśmy i gadaliśmy jak starzy znajomi. Pokazał nam swoje fotki z przed kilku tygodni, gdy motocyklami przemierzał Grecję, Serbię, Mołdawię, Rumunię, Bułgarię , Węgry, Albanie. Mieliśmy mnóstwo tematów do rozmów i jechało się naprawdę super! Dodam, że powiedziałyśmy mu, że w ten weekend jest festiwal w Płocku na plaży i powiedział, że weźmie znajomych i też przyjedzie. Tadeusz- kolega rodziców jeździ do Murzasichle od czterdziestu lat, a w młodości były to wyjazdy na całe wakacje. Zna więc dużo ludzi i nie traktują go jak zwykłego cepra. Udało nam się załapać na góralskie imieniny z wódką z jednego kieliszka i super jedzonkiem. Po górach nie pochodziliśmy, ale za to od chaty do chaty co było doprawdy wyjątkową okazją! Wspaniały czas we wspaniałym towarzystwie! Dzięki Tadek!
Termin: styczeń 2009- na ile strczy pieniędzy i chęci. Trasa: Meksyk, Gwatemeala i dalej na dół, potem dookoła Ameryki Połóudniowej, a i może zachaczając o Karaiby. Standard: Spanie w namiocie, u życzliwych poznanych w ostateczności tanich pokojach. Transport: Samolot z/do Polski, a na miejscu lokalne środki transportu, autostop jeśli da radę. Koszty: Bilet lotniczy 3 tyś zł, a na miejscu szacuje że mniej niż 1 tyś zł miesięcznie.
Aby zrealizować wyprawę marzeń potrzebny mi tylko jeszcze przemiły towarzysz podróży!! Ktoś chętny? Piszcie śmiało!
Tym razem po Wdzie- zaczynającej się na Kaszubach, a potem przepływającej przez Bory Tucholskie. Śliczna, urokliwa i przede wszystkim bezpieczna rzeczka. Również towarzystwo wspaniałe. Byli rodzice, Paweł, Julia, Przemek i jesczse dużo fajnych osób. To był najfajniejszy spływ i już czekam na następny!
Jedziemy juz w punkt kulminacyjny naszej podrozy. Piec dni balowania z czlonkami HC. Zapowiada sie swietna zabawa. Nasza przyjaciolka z Czech tez przyjedzie. Tak wiec do uslyszenia w przyszlym tygodniu. We had so good fon on the camp. We met a lot of nice people. More than 1000 people was ther. Can you imagine more than 1000 friendly people in one place? Oh my i miss it already
Smutno bylo z rana opuszczac znajomych z Belgii, tak sie z nimi dobrze czulam. Moglam gadac i gadac z rozesmianym Jorge z Guatemali. Bruksela to naprawde miejsce przyjazne do zycia. Wyjechalysmy w kierunku Antwerpen, potem zatrzymal sie facet laweta (a obok byl rozkraczony samochod) wiec sie nie ladowalysmy. Okazalo sie jednak, ze chce nas wziac. Julcia gadala z nim miksem jezykowym a na koniec dal nam 20 euro! Potem jechalysmy polskimi ciezarowkami az utknelysmy pod hanowerem na stacji. Spotkalysmy dwoch polakow kolo trzydziestki i zawiezli nas pod sam dom w hanowerze. Opowiadalysmy o naszej podrozy a oni nie chcieli nam wierzyc. No tak szalone z nas dziewczyny- krolowe autostrad
Dluga to byla droga, ale bylo goraco, swiecilo sloneczko i spotykalysmy milych ludzi. Oj pocwiczylam swoj francuski na drogach. Dojechalysmy do Brukseli i znowu bez noclegu, znalazlysmy internet i wyslalysmy wiadomosc do kolesia online, a on powiedzial WPADAJCIE! Jutro tez tu zostajemy. Podoba mi sie Bruksela!
Z rana kupilysmy nasze ulubione czekoladki- te ktore przywozi tomek. Ale sie najadlysmy, szkoda, ze nie mozemy ich zabrac do polski. Przez 7 godzin chodzilysmy po miescie. Podoba mi sie bardziej niz Paryz, bo jest rownie ladne, a mniej zatloczone i wszyscy mowia po francusku. Ze zlych wiesci to zdgubilam kolczyk z pepka i musialam kupic nowy,a do tego zarosla mi dziurka z jednej strony. No i moja karta do aparatu jest zablokowana wiec robie malo fotek i najgorszej jakosci. Smutno bedzie opuszczac Belgie, tak sie tu milo zyje. Ceny przystepne, ludzie przemili. Jutro ruszamy na Niemcy, ale wczesniej po czekoladki
Xavier pokazal nam miejsce z ktorego widac Anglie, niestety pogoda byla kiepska i widac nie bylo. Zjedlismy tez obiad u jego babci i zwizdzilismy przepiekne miasteczko Burge. Zostawil nas na wylotowce gdzie spotkalysmy autostopowicza, ktory okazal sie polakiem. Lapalismy razem i przynajmniej bylo mozna pogac. Dojehalysmy do Bulogne i zadzwonilysmy do hosta, ktory powiedzial ze nas nie moze przenocowac! Padly nam telefony, mamerror card w aparacie. Kupilysmy winko i serek i poszlysmy na plaze. Tam siedzialo 2 kolesi i julka do nich podeszla spytac sie czy mozemy znimi posiedziec. Gadalismy, zlazili sie ich znajomiaz w koncu jeden z nich zabral nas do sibie na noc! Dobro zawsze wraca do ciebie! To bylo za fraucuza z pociagu, ktorego przed wigilia przygarnelysmy do siebie;
Oj wspaniale bylo wczoraj posluchac opowiesci takiego wielkiego autostopowicza! Wiecwor przy herbacie i ciasteczkach, zdjeciach i opowiesciach. Syn naszej hostki wraz ze swoja dziewczyna podrozuja jak Kinga i Chopin stopem po Amzryce Polodniowej. Widwialam zdjecia- wow!! Wstalysmy po piatej i po sniadaniu pojehalismy- bo oni jechali do anglii. Zlapalysmy stopa i pojechalysmy zobaczyc zabytek unesko- Brugge- najpiekniejsze miasto podczas tego tripu! Potem caly dzien staralysmy sie dotac do francji ale nam nie szlo wiec w koncu za 2 euro zlapalysmy tramwaj do granicy z Francja. Tam podwiezli nas juz francuzi. Nie bylysmy pewne czy nasz host bedzie i bylysmy gotowe na spanie pod mostem- nawet tam pilysmy winko i jadlysmy kanapki. Ale jednak jestesmy u niego i jutro ruszamy dalej. Moj francuski nie zardzewial jakby co Xavier nasz host uraczyl nas wczoraj wisniowka i dwiema smiesznymi grami w ktore bawilismy sie do pozna! Okazalo sie tez ze uczy wychowania seksualnego 15 i 16 latkow. Wyedukowal tez nas pokazujac damska prezerwatywe i ide o zaklad ze nikt z was tego nie widzial!! Mam zdjecia ale nie chca mi sie zaladowac teraz.
Ciesze sie, ze czytacie Wczoraj gadalismy do pozna, ogladalismy American Beuty- dawno sie tak nie splakalam!! Taki piekny film. I spiewam sobie w myslach- w zyciu piekne sa tylko chwile. I rozmyslam, ze najwazniejsze to miec odwage. Odwazny czlowiek moze wszystko! No moze prawie. Jestesmy teraz nad morzem z ponad 50letnimi autostopowiczami- on ma nawet rekord ginessa w 24 godzinnej podrozy. Wlasnie odkrylysmy ze maja tez ksiazke Kinngi i Chopina z dedykacja z 2004 roku. Szczesciaze, ze ja poznali...
Jestesmy w Belgii po przygoach z dziewczynami, ktore nas wiozly i zagubily droge co znaczylo 80km wiecej; Potem nasz host okazal sie byc moze starym zboczencem- wszystkie znaki na niebie na to wskazywaly! Wiec ucieklysmy i znalazlysmy nowego. Teraz po wegetarianskiej zupce chce nam sie spac. A hosci ruszaja na miasto- a nam jak zwykle chce sie tylko spac. Jutro ruszamy dalej a marzy nam sie noc na sklocie..... Czy ktos to czyta?
W Amsterdamie spedzilysmy dwie noce, zatrzymujac sie u 2 innych czlonkow hospitality club. Teraz dojechalysmy wlasnie do Rotterdamu i wraz z naszym hostem Markiem (ktory jest muzykiem) ruszamy na misto. Jutro ruszamy do Belgii, szkoda ze nie zobaczymy obchodow Dnia Krolowej w Holandii, ale czas goni.
Zaskoczylo mnie, ze Amsterdam jest taki spokojny. Czas w nim plynie. Ludzie ida, jada, siedza w progu i popijaja winko. To prawdziwe miasto artystow, sztuka obecna jest na kazdym rogu. Bardzo mi sie podoba i doprawdy moglabym w nim zamieszkac. Pomijajac przepiekne barki na ktorych musi sie mieszac wspaniale.
Dobrze, ze podrozujemy stopem bo dzieki temu latwiej nam o nocleg- tak nam powiedzial Marcel- zeszlonocny host. Bo ludzie wiedza jak nam ciezko.
Przez godzine sluchalysmy kolesia ktory gral na gitarze na ulicy, rozmawialysmy z nim. Od kilkunastu miesiecy tu, zarabia grajac, mieszka na sklocie. To dopiero jest odwga zostawic tak wszystko i byc wolnym. Mozecie to sobie wyobrazic?
Nasi gospodarze byli rozni. Pierwszy mieszkal w biednej dzielnicy z czarnymi i mial bardzo malo miejsca (julia musiala spac w lozku z jego dziewczyna i nim- ja spalam obok nich na polowce). Ale oprowadzil nas po okolicy i zrobil nam grilla w ogrodzie.
Drugi host byl urbanista pracujacym dla miasta. Mial supert mieszkanie. Powiedzial, ze nie przyjmuje juz prawie nikogo, ale dla nas zrobil wyjatek bo podrozujemy stopem. Ma swietne mieszkanie w centrum, robi rzezby i zdjecia. Wow tu wszyscy tacy artystyczni!
Dzis rano przyjechalysmy do Rotterdamu i mieszkamy u muzyka. Gra na drums- bo perkusja to za waskie pojecie. Duzo sie dzis muzyki nasluchalysmy. Szkoda tylko ze ma podwalajacego sie do mnie kolege wlocha, ktoremu wlasnie powiedzialam, ze mam meza.
We already visited Amsterdam, and now we are in Rotterdam. I really enjoy this trip. I don't have to be hurry i have time for siting and just looking how to people live in Amsterdam. Yesturday we wer listenig for one hour a guy plaing quitare. We were talking with him. It's really nice to meet true people
My firnds tomorow I have a bus to Amsterdam there Julia will be. We gonna stay there 2 days, and after we are going hichhicking around Holand, Belgium, Nord France and Germany. We are going also to the Hospitality Club Beach Camp in Berlin for the end of our trip.
Przyjechała do nas Mirka, którą poznałyśmy przez Hospitality Club i u której spędziłyśmy ostatniego sylwestra. W Pradze opowiadałyśmy jej o naszych podróżach autostopem po swiecie i ona też strasznie chciała. Postanowiła więc nas odwiedzić. Przyjechała pociągiem z Pragi, było już późno więc pogadałyśmy trochę i poszłyśmy spać. Z rana zabrałyśmy się do zwiedzana Warszawy, towarzyszył nam również Franco- włoch, którego poznałyśmy rok temu (też zresztą przez Internet). We spent New Yer Eve in Praha, Mirka was our host (from hospitality club). We had good fun and we spent very nice time together. Now szhe came to Warsaw to see us.
Po zwiedzaniu udałyśmy się na spotkanie z Toni Walia, który okazał się przesympatycznym człowiekiem. Jest ambasadorem Hospitality Club na warszawę i przenocował już ponad 100 osób. Prowadzi specjalny pamiętnik, gdzie wpisują się osoby, które u niego nocowały. Strasznie pozytywny człowiek z niesamowitym poczuciem humoru- Julka myślała, że umrze ze śmiechu. Zabrał nas do swojej Indyjskiej knajpy, gdzie miałam pierwszy kontakt ze wspaniałą indyjską kuchnią. Toni nas zainspirował, przekazał pozytywną energię i wiarę, że w życiu wszystko jest możliwe. We showed her Warsaw and after we went for a meeting with Toni, the friendliest person in Warsaw(from hospitality club of course). He invaited us to his indian restaurand were we had an oportunity to taste inida food.
Wieczorem miało być po jednym kieliszku Becherovki, a skończyło się na prawie całej butelce. Potem ruszyłyśmy tramwajami ba Pragę, gdzie o dziwo spotkałyśmy wielu życzliwych, otwartych i ciekawych ludzi! Ba, a nawet rozmawiających po angielsku! After Beherovka we went to Praga-one part of Warsaw.We met a lot of nice people there.
Następnie nastała pora salsy i znowu spotkanie z Franco. Coś tam się starałam nauczyć, ale za bardzo się spinam i nie umiem tańczyć. After we went dancing salsa with our italian friend- Franco.
Rano pojechałyśmy na wylotówkę na Gdańsk. Stałyśmy z 12 minut, gdy zatrzymał się Alek. Był tak miły, że postanowiłyśmy pojechać z nim do Torunia. Niesamowicie mądry facet, ale tak to jest jak ma się rozsądne przemyślenia oparte na solidnych podstawach z historii i prawa. Rozmawialiśmy o kościele, związkach homoseksualnych i chyba nawet udało mu się przekonać Julkę do pewnych spraw. At the morning we were hich hicking to Gdansk. Nice guy stapped and we decided to go with him to Toruń first.
Podróż minęła szybko i już byłyśmy w Toruniu. Tam szybki spacer po mieście, obiad, pierniki i już uciekamy.
Z Torunia do Tczewa miałyśmy chyba z 5 przesiadek. Za pewnym razem zatrzymali się chłopcy w wanie. Okazało się, że siedzimy u nich na mieczach i toporkach. Walły się skóry zwierząt i futra. Pomyślałam, że chyba już to nasz koniec i nigdzie nie dojedziemy. Chłopcy wyjaśnili, że dają lekcje historii na zywo- należą do braci rycerskiej.
No i myślałam, że spotkałam swojego rycerza(to ten z lewej), ale ma narzeczoną hehe.
W Gdańsku było już ciemno. Pochodziłyśmy po starówce i po godzinie przyjechała po nas Krystyna Choszcz, mama podróżniczki Kingi Choszcz. Po kontakcie przez Internet zgodziła się być naszym hostem z Hospitality Club. Zawsze chciałam ją poznać! In Gdansk we were slipping in Krystyna Choszcz flat- she is the mother of Kinga choszcz- a girl who was hich-hicking around the world for 5 years! See http://www.fundacjafreespirit.pl/index0.html
W domku zjedliśmy kolacje, piliśmy winko i rozmawialiśmy. Było przemiło. Poznałyśmy także Malajkę, która mieszka z Państwem Choszcz. Film o Malajce z TVN http://dziendobrytvn.onet.pl/1432832,aktualnosci.html We had dinner together and we spent nice evening with her familly and litlle guest from ghana.
Rano musiałyśmy szybko uciekać, bo czekało na nas morze. Po drodze do Sopotu wylałam na kolana dziewczyny siedzącej obok pół butelki kefiru- największe upokorzenie mojego życia. Biedna dziewczyna- na szczęście wyluzowana. Droga powrotna przebiegła pod znakiem tirów.
Może to wiosna której nie widać, a może nagły impuls czy przeczucie i moje kochanie zadecydowało się ruszać. Zostawić mnie samą na pastwę pracy magisterskiej i presji, że gdzieś tam na mnie czeka. Kierunek nie jest znany jeszcze, a mi smutno….. Na razie przyjeżdża do nas Mirka, u której byłyśmy na sylwestra w Pradze i pewnie pojedziemy gdzieś w Polskę….
Zatrzaśnięta między tym co było A twoim głosem Zastygam w bezruchu
W obawie przed kolejnym krokiem Uciekam we wspomnienia Myśląc o tym jak bardzo chciałabym być tym kim nie jestem… …i kogo ty we mnie nigdy nie zobaczysz
Hospitality Club is very useful and helpful website. With the help of HC we found Mirka lovely girl from Slovakia. She works, studies and lives in Prague now. We could stay in her place and spend New Year Eve together.
We came to Prague Thursday night. Before our trip Mirka sent us her address and some information how to get to her place. We hitch-hiked from Warsaw to Czech boarder, then we took the train to Prague. We didn’t know what time we will be in Prague. We were late, after 12 at night. We were lucky , because that day Mirka came back from Slovakia(we could sleep in the station )At the middle of the night she (wearing pajamas, because she did not expect such late guests) picked us up from the bus stop. We also met some nice guys from Spain in Mirka' place.
For New Years EveWe didn’t have plans. Mirka came back from work with Mateusz a guy from Poland, who was also from Hospitality. It was difficult to find an open shop after 18 that day, we started thinking about drinking Żubrówka (Polish vodka) with water. Luckily Mirka found one open shop and we were saved! In the evening Paulina, Mirka’s friend came, we made some drinks, talked, laughed and even sang. We sang Karaoke in Spanish (me also), who cares that none knows Spanish. It was a lot of fun, I’ll never forget this Spanish karaoke. Then we decided to go to the club and be at 12 at the center. It was so many people, because of public transport we couldn’t get to the club. Anyway it was really nice NEW YEAR EVE!
I liked Prague very much, nice place with nice people and good food!!!!
Wspaniale jest mieć takich znajomych, którzy gdy trzeba potrafią się zebrać i razem pobawić. Fajnie jest mieć takich znajomych, którzy są wyluzowani bardziej niż się sądziło i skłonni do wszelkich zabaw. Nie często mamy okazje się tak bawić. Dzięki wam wszystkim za ten wieczór, było naprawdę super!
Jak zwykle zgodnie z planami mimo nie najlepszej pogody ruszyliśmy przed siebie. Bieszczady to jedne z najdzikszych miejsc Polski, zasiedlane w XVI wieku. Często były one obietnicą lepszego życia, ogromne partie lasów, rudy metali czy ropa sprawiały że ludzie nie uciekali. Zniszczyli za to większość dzikości, którą błędnie wydaje nam się że tam odnajdujemy. Bieszczady to miejsce gdzie każdy znajdzie coś dla siebie. Można poleniuchować nad wodą, albo z plecakiem wyruszyć na spotkanie dzikiej przyrody. Nam niestety pogoda nie sprzyjała, więc nasza podróż była swego rodzaju wybadaniem terenu.
Sanok
Sanok posiada niewątpliwie dwie zalety i jedną wadę. Zbiór obrazów Beksińskiego i Ikon wywiezionych ze starych cerkwi na Zamku oraz skansen to powody dla których warto się tutaj zatrzymać. Natomiast stare miasto wygląda jakby przed chwilą przeniesiono je z plastikowego świata Disneylandu.
Lesko
Lesko to miastko, które przed wojną w ponad 80% zamieszkane było przez Żydów. Miasto w którym czas się zatrzymał. Stare murowane kamienice i zamek z pewnością pamiętają życie kulturalne, które się w nim toczyło. Miasto było zawsze bardzo bogate, a mieszkańcy głównie handlowali węgierskim winem. W Lesku znajduje się największy kirkut w Polsce i chyba najbardziej opuszczony. Poprzechylane płyty nagrobne świadczą o tragedii, która spotkała całe miasto (pod rozwagę polecam „Noc” Elie Wiesel , jak znikały takie miasta).
Za Leskiem w stronę Soliny znajduje się tzw. Kamień Leski, o którym pisze Fredro i Pol. Dobre miejsce dla amatorów wspinaczki (w ścianę powbijane haki), na romantyczny spacer raczej też.
Solina
Jeziora utworzone przez zaporę solińska ciągną się na 50km, a linia brzegowa jest najciekawsza w Polsce. W lato oblegana przez amatorów sportów wodnych, jednak kiepska dla bezpośredniego kontaktu z wodą. Znaczne SA bowiem różnicę w wysokości wody na jeziorze (nawet 1metr na dobę). Co oznacza odsłoniętą lepka glinę, lub zalane ścieżki spacerowe.
Cisna
Generalnie to mało jest w niej do oglądania. Na drogowskazie są Siedlce, a moi znajomi jeżdżą tam czasami (niestety nie chodzić po górach). Czy ktoś mógłby mi to wyjaśnić?
Ustrzyki Górne
Najlepsza baza wypadowa w góry. Mój faworyt! Senna miejscowość, gdzie nie docierają kłopoty i problemy zostawione gdzieś tam za plecami. Miejsce nieprzecietne to „Zajazd pod Caryńską”, gdzie podają boskie jedzenie. Obowiązkowo oscypki po bieszczadzku, pstrąg z pieczonymi ziemniakami i prawdziwa rewelacja- placki ziemniaczane z gulaszem z baraniny! Do tego grzane wino, drewno w kominku i miłe towarzystwo opowiadające swoje historie. To wszystko w jednym małym, niepozornym miejscu.
Bieszczady to stare cerkwie, dzika przyroda i miejsca do których chce się wracać, bo rozumie się, że tak naprawdę nie widziało się jeszcze nic. Mam nadzieję Krzysztof, że nie pogniewasz się za umieszczenie twoich zdjęć. Tak wyglądają Bieszczady, gdy się ma tyle szczęścia co ty….
Anioły są obecne od kilku lat w mojej wyobraźni. W zeszły weekend pojawił się jeden konkretny- Archanioł Michał spojrzał na mnie z paru Ikon w Sanockim muzeum….oto kim jest.
Hebrajskie imię Mika'el znaczy któż jak Bóg. Gdy Lucyfer zbuntował się przeciwko Bogu, namawiając do tego samego 1/3 aniołów, to Michał sprzeciwił mu się jako pierwszy mówiąc „Któż jak Bóg!”. We wszystkich religiach uważany jest za jednego z najważniejszych aniołów, to jemu Bóg powierza zadania wymagające szczególnej siły. Wstawia się u Boga za ludźmi, towarzyszy umierającym w drodze do wieczności dlatego ma patronat nad kaplicami cmentarnymi. Artyści przedstawiają go z wagą do odmierzania dobrych uczynków. Zaś symbolem dobrych uczynków jest złoto i dlatego jest też patronem złotników i rytowników. Posiada też ognisty miecz. Michał jest Archaniołem, którego przyzywamy w naszej walce przeciw złu i niesprawiedliwości. Pomaga odnaleźć wewnętrzne światło. Jest patronem policjantów, żołnierzy i małych dzieci, a także opiekuje się pielgrzymami i obcymi ludźmi. Archanioł Michał jest ognistym wojownikiem, Księciem Niebiańskiej Armii, która walczy w imię prawa i sprawiedliwości. Daje wsparcie wszystkim, którzy znajdują się w strasznym ucisku. Michał jest też dawcą cierpliwości i szczęścia. Jest postrzegany jako Posiadacz Kluczy do Nieba i Szef Archaniołów, Książę Obecności, Anioł Żalu, Prawości, Litości i Uświęcenia Duszy. Michał Archanioł jest patronem wielu państw (np. Japonia, Niemcy), miast (np. Bartoszyce, jest w herbie Białej Podlaskiej i Łańcuta), zawodów (np. policji) kościołów i zgromadzeń zakonnych: michalitów i michalitek. W Polsce istnieje ruch Czcicieli św. Michała Archanioła i Rycerstwo św. Michała Archanioła <wikipedia>
Górny Śląsk to miejsce inne niż wszystkie w Polsce. Od XXIII aż do XX wieku pozostawał poza granicami naszego kraju. Ludność regionu miała oczywiste problemy z identyfikacją narodową co do dzisiaj pozostawia ślad. W spisie narodowym w 2002 roku 173 200 osób zadeklarowało narodowość śląską. Spis był jednak bardzo krytykowany i zapewne bardzo zaniżył rzeczywistą liczbę. Ślązacy mają własny język (wpisany do rejestru języków świata i zarejestrowany w UE pod kodem ISO), własna kulturę i kuchnię . Również architektura miast jest niezwykła i mogąca zafascynować bez reszty. Stare kopalnie, pozostałości fabryk, mające lata świetlności dawno za sobą kamienice. To miejsce kontrastów, gdzie mieszkańcy walczą kolorami z otaczającą szarością. Zapraszam was w podróż do Katowic.
Bogucice
Bogucice to miejsce tak ważne dla polskiego hip hopu jak warszawski Ursynów. To jedna z najstarszych dzielnic Katowic w której nowe bloki lat 70-tych przeglądają się w XIX wiecznych kamienicach.
Położony jest tutaj najstarszy cmentarz Katowic o którym można znaleźć wzmianki z XVI wieku.
Anioły
W minionych latach, gdy pyły z fabryk i kopalni osadzały się nawet na ubraniu od razu po wyjściu z domu anioły były oznaką czystości. Do dziś są obecne na Śląsku.
Kolory
Większość starych, ceglanych kamienic okna pomalowane ma na różne kolory. Często okna każdego pietra pomalowane są na inny kolor. Ślązacy również mieszkania malują na kolorowo. Na ścianach kamienic często widać kolorową farbę, co czasami jest dość abstrakcyjne.
Nikiszowiec
To najbardziej niezwykła dzielnica Katowic. Unikatowa ze względu na koncepcję i formę architektoniczną. Jest to osiedle wybudowane dla pracowników kopalni „Wieczorek” w latach 1908-15, 1920-24 według projektu braci Zillmannów. Składa się ono z 9 połączonych ze sobą kwartałów budynków i kościoła w środku. Jak dla mnie jedno z najwspanialszych miejsc w Polsce, wraz z autentycznymi mieszkańcami. Z dworca PKP można dojechać między innymi autobusami 12 i 30.
Galeria Szyb Wilson
Stary szyb kopalniany zaadaptowany na potrzeby galerii w 1998 roku. Ma na celu przybliżenie Nikiszowca do sztuki i sztuki do Nikiszowca (dlatego wstęp jest za darmo). Ogromna przestrzeń daje wielkie możliwości.
Grupa Janowska
To grupa malarzy amatorów zamieszkujących kiedyś osiedle Nikiszowiec, będąca ewenementem na skale światową! Początki grupy sięgają lat 30. ubiegłego stulecia i założonej przez Teofila Ociepkę gminy okultystycznej, której jedną z form ekspresji było malarstwo. Po drugiej wojnie światowej twórcy gromadzą się w założonej przez Ottona Klimczoka świetlicy kopalni Wieczorek. W początkowym okresie, do 1956 ich twórczość spotykała sie z krytyką, jako odstająca od kanonu socrealizmu. Niewątpliwie duży wpływ na twórców wywarły okultystyczne poglądy Teofila Ociepki. Uważał on, że twórczość malarska jest Bożym posłannictwem i powinna przedstawiać problematykę zasadniczą, w tym istotny dla niego problem walki Dobra ze Złem. Traktowanie twórczości jako posłannictwa, mającego na celu wypełnienie misji w istotny sposób odróżnia członków - założycieli Grupy Janowskiej od innych twórców amatorów. Malarze spotykali się raz w tygodniu, w środy lub czwartki i przedstawiali ocenie kolegów swoje prace. Były one poddawane ich surowej krytyce, czasami skrytykowani twórcy na miejscu niszczyli swoje prace.
Osiedle Nikiszowiec i grupę malarzy można oglądać w filie Lecha Majewskiego „Angelus”, który gorąco polecam.
Podróże pojawiały się bez przerwy w mojej głowie. Szczególnie, gdy nudziła mnie już wykonywana praca. Zastanawiałam się wtedy jak mogłabym oddalić się od problemu, a najprostszą ucieczką była podróż. Dopadało mnie to zimą w Polsce, gdy nie mogłam znieść wysyłania emaili przez osiem godzin dziennie, propagując obce mi idee. Zdarzało się to również w Grecji, gdzie godzinami siedziała w piwnicy zmywając naczynia po klientach bajecznej restauracji. Gdy rano przychodziłam do pracy przed oczyma od razu stawał mi autobus jadący gdziekolwiek. Ale nigdy nie miałam odwagi do tak radykalnego rozwiązania. Wtedy podróż zostawał w strefie marzeń, a ja musiałam w inny sposób rozwiązać powstały problem.
Czasami był do NIEGO podobny. Dobrze zbudowany, przystojny artysta, nie wierzący w swoją sztukę. Pracował w dużej firmie twierdząc, że z tworzenia nie da się wyżyć. Na ramieniu miał wytatuowane słońce, bo uważał je za najważniejsze w życiu. Jak ON potrafił być czasami namiętny, sprawiając że czułam ciepło przepełniające mnie do ostatniego naczynka krwionośnego. Był jednak poraniony, a ta różnica kładła cień na wszystkie podobieństwa. Potrafił nie kochać i być zimny jak alpejskie szczyty. Potrafił ranić tak głęboko, jak głęboko czułam jego pożądanie. Nigdy nie powiedział że mnie kocha……
Zaczęłam znowu pisać, po raz kolejny inspirowana przez Olgę Tokarczuk.
Skąpany w słońcu, zwykły jednak magiczny świat 7-latka. Film o igraszkach z losem, o tym jak można go przekupić i zagrać z nim vabank. Prosta historia, naturalna i płynąca jak woda w rzece w słoneczne wakacyjne południe. Woda, w którą można się wpatrywać bez końca, jedynie z małym smutkiem, że trzeba w końcu wrócić do domu. Dawno nie widziałam tak dobrego polskiego filmu. Koniecznie go zobaczcie!
Zaledwie 200 km od Warszawy toczy się kompletnie inne życie, w świecie do którego nie tak łatwo się dostać…
W zasadzie to o Białorusi wiedziałam tylko tyle, co opowiedziały mi koleżanki i co wyczytałam w gazetach. Nie widziałam nigdy żadnego białoruskiego filmu i słyszałam pewnie tylko kilka piosenek. Wiedziała natomiast, że nie lubię przejścia granicznego w Terespolu, gdzie człowiek czuje się jak pędzony na zagładę w obozie koncentracyjnym. Wszędzie psy, karabiny i wystraszeni ludzie.
Brześć zaskoczył mnie od razu. Normalne miasto, jakich w Polsce wiele. Ludzie wydają się tacy europejscy, tylko realia trzymają ich w nierealnym świecie. Ale właściwie to trudno odgadnąć, gdzie tak naprawdę jest tożsamość mieszkańców. Dzieje Brześcia od zawsze były związane z Polską, Litwą i Rosją, a tak naprawdę wcale nie z Białorusią (tu może trochę historii):
Pierwsza wzmianka o Brześciu pochodzi z 1017. We władaniu książąt ruskich (XI - XIII w.), później wraz z Rusią zdobyty przez Litwę. Na mocy unii polsko-litewskiej znalazł się w granicach Rzeczpospolitej. Miejsce zawarcia unii brzeskiej (1596) i brzeskiego traktatu pokojowego (1918). Od 1919 w Polsce. W 1930 uwięzienie w twierdzy działaczy opozycji parlamentarnej (brzeski proces). W 1939 miejsce spotkania: wspólnej defilady wojsk niemieckich i sowieckich uczestniczących w agresji na Polskę, następnie pod okupacją sowiecką. Po 1944 na terytorium Białorusi.
Skutkiem tego w Brześciu praktycznie nikt nie mówi po Białorusku i właściwie to nie ma się co dziwić skoro od tak niedawna Brześć jest Białoruski. Będąc tam próbowałam zgłębić tajemnice nie istnienia języka Białoruskiego, i tak naprawdę nikt nie potrafił tego wyjaśnić. Zrozumiałam dopiero po powrocie, studiując atlasy historyczne.
Białoruś jest taka, jaką pamiętam Polskę z czasów mojego dzieciństwa. Niby na półkach w sklepach jest dużo, ale nie wydaje mi się by mieszkańcom się przelewało. Na mieście pełno jest starych samochodów szarych ludzi, tak jak kiedyś u nas. Nie ma kolorowych wystaw, manekinów i kawiarni. Sklepy są nie widoczne, a prywatna inicjatywa (cukiernie, pralnie, kwiaciarnie i cała reszta) praktycznie nie istnieje.
Ludzie są otwarci i gościnni, ani razu nie poczułam się obco mimo, że czasami trudno było nam się dogadać…
Rano skierowałyśmy się na Trójmiasto. Podwoziły nas kobiety, co jest raczej nie spotykane. Jedna jest architektem i w wieku 35 lat wyjechała na stypendium do ministerstwa we Francji. Dużo i fajnie opowiadała.
Z Gdyni zabrało nas 2 chłopaków, jeden z Torunia, a drugi- pilot samolotów z Warszawy (już drugi w naszej podróży stopem). Gadaliśmy o podróżach i życiu. Pojechałyśmy razem z nimi do Jastarni i przez cały pobyt nad morzem mieliśmy razem poimprezować, ale cały czas coś stawało na drodze. Zwiedzałyśmy knajpy (zupa rybna po kaszubsku!) i bary gdzie super laski tańczyły na barach. Tylko pogoda nie dopisała i nie było opalania.
Na koniec wróciłyśmy do Trójmiasta i pojechałyśmy z moją ciocią i wujkiem do Gołunia. Spałyśmy na jachcie, pływaliśmy nim, zbierałyśmy kurki i jadłyśmy z nimi pierogi, grilowaliśmy i opowiadaliśmy sobie wydarzenia ostatnich 2 lat. Super mieć taką ciocie i wujka!
Po 2 dniach wróciłyśmy przez Toruń (gdzie zatrzymałyśmy się na pyszne pierniki i herbatkę!) do Warszawy…aby za 2 dni ruszyć na Białoruś.
Wszystko rozpoczęło się w Mylofie. Z wrażenia wstaliśmy o 6.30, parę godzin później przystojniak Dawid przywiózł kajaki. Wsiadłam z Julią i popłynęliśmy. Po kilkuset metrach, przestraszona rurami z wylewającą się wodą i tym, że kompletnie nie mogłam panować nad kajakiem postanowiłam nas ratować. Krzyknęłam Pawłowi, że się zamieniamy i dobiłam do brzegu. Czekałam i czekałam na Pawła , aż postanowiłam wskoczyć do wody i przychodować kajak do nich. Z Pawłem już jakoś szło… do czasu. W pewnym Momocie nie mogłam już dalej płynąć i postanowiłam wysiąść w bagnie z pokrzywami mojego wzrostu. Tym sposobem powstała kajakofobia (która jeszcze chyba nie istnieje). Tak więc resztę spływu ja spędziłam zwiedzając okolice po ścieżce przyrodniczej „szlak Brdy” (po brzegu oczywiście). Po trzech dniach mama i Paweł pojechali do domu, a my z Julią zostałyśmy na polu namiotowym.
Tego samego dnia przypłynęła na noc duża grupa z wyjątkowo życzliwymi osobami. Cały wieczór przesiedzieliśmy przy ognisku i czymś na rozgrzewkę.
Następnego dnia ruszyłyśmy do Tucholi na spotkanie z Wiolą poznaną przez portal randkowy. Oprowadziła nas po mieście, poszłyśmy na piwko a potem pojechałyśmy na festyn i ognisko do Cekcyna. Niesamowite, bo poczułam się jakbym znała ją od lat! Niesamowicie pogodna dziewczyna! W Cekcynie na Polu Namiotowym obsługiwane byłyśmy wspaniale, a na koniec właściciel powiedział, że takie piękne dziewczyny to za darmo!
Z Cekcyna ruszyłyśmy do Chojnic, gdzie mieszka chyba największy odsetek okolczykowanych i obtatuowanych ludzi w Polsce. Do tego dużo przystojniaków i niezłych lasek! Tam mogłabym mieszkać!
Dodam, że podróżownaie na stopa okazało się tak łatwe, że nigdy nie czekałyśmy ponad 15 minut!
Potem ruszyłyśmy dalej i na noc zatrzymałyśmy się w wiosce Kalisz nad malusieńkim jeziorkiem. Rozpaliłyśmy ognisko, które paliłyśmy pół nocy gadając jak zwykle o tym samym. Rano ruszyłyśmy do Kościerzyny, gdzie spotkałyśmy się z Moniką (poznaną przez stronę Beaty Pawlikowskiej). Pochodziłyśmy po mieście i pogadałyśmy. Na noc zatrzymałyśmy się w Gołubiu, przy domku mojej cioci. Wieczór przy drinkach na tarasie hotelowym, a potem… do namiotu!